Od 13.XII.1981 r. do powstania oficyny wydawniczej „RYTM”

Część druga. Wspomnienia Bolesława Jabłońskiego.

Przed rozpoczęciem stanu wojennego UB-cja coraz liczniej wciskała się do aktywu działaczy „Solidarności” w zakładach pracy (byli to najbardziej radykalni krzykacze). Zaktywizowano też UB-oli zatrudnionych jako listonoszy, inkasentów za prąd i gaz oraz fryzjerów do wyciągania informacji od ludzi, z którymi spotykali się w pracy. Listę takich UB-ków przekazałem potem „Alkowi” – Andrzejowi Niedkowi wraz z adresami w okresie przygotowywania tzw. akcji „skunks”. Rozpracowywanie społeczeństwa polegało również na tym, że wykorzystywano strukturę zasiedlania osiedli i dzielnic (pewien procent mieszkań przeznaczony był dla UB-ków), którzy przychodzili na rozmowy do sąsiadów przynosząc różne wydawnictwa i niektóre z nich zostawiali. Niewiele brakowało abyśmy z żoną wpadli przez taką sąsiadkę (córka państwa G. w Otrębusach – wobec tego, że nie było lustracji nie jestem upoważniony do podawania jej nazwiska). Na początku stanu wojennego otrzymałem informację, że na terenie gminy Brwinów małżeństwo biologów kolportuje niezależną prasę i czyta ją w gronie sąsiadów. Byłem jednak tak pewny siebie, że poszedłem z tą wiadomością do ks. Leona Kantorskiego, sugerując, że może to być ktoś z placówki SGGW w Brwinowie i poprosiłem o ostrzeżenie tamtych ludzi. Całe szczęście, że z przyzwyczajenia „oczyściłem” mieszkanie, bo po tygodniu okazało się, że donos dotyczył naszej rodziny i złożony był przez córkę pani G. i jej męża.

14 XII 1981 r. jak pod działaniem telepatii pojechałem do cioci Strzemżalskiej, gdzie już wcześniej byli „Lotny” i „Lopek”, którzy wstępnie ustalali listę internowanych i poszukiwanych. Zapytałem o „Onycha” – Janusza Onyszkiewicza ponieważ znaliśmy się z wypraw jaskiniowych i mogłem go przetrzymywać, ale okazało się, że jest internowany. „Lotny” i „Lopek” podjęli jednak temat „skoku” na Biuro Budowy Pomnika Powstania Warszawskiego, które mieściło się na ul. Długiej (chyba pod nr 30?), ponieważ wiedzieli, że moi rodzice mieszkają na ul. Długiej 24. „Skok” odbył się następnego dnia podczas godzin pracy (ewentualne alibi – „Lopek” przyszedł do pracy). „Lopek” zerwał namoczone denaturatem paski z pieczęciami oznaczającymi zamknięcie lokalu, a że czerwoni nie założyli kłódki, więc pomieszczenie można było otworzyć kluczem „Lopka”. Poprzedniego dnia nauczyłem się na pamięć rozmieszczenia mebli i szuflad, z których należało wyjąć wartościowe materiały. Z pomieszczenia była bardzo dobrze widoczna ul. Długa. Do bramy Instytutu Historii Sztuki i Kultury Materialnej było nie więcej niż 40 m., a tam pod osłoną budynku przechodziło się do klatki schodowej rodziców. Wystarczyło tylko popatrzeć przez okno biura, by upewnić się czy ulicą nie przechodzi patrol i spokojnie pokonać niewielką odległość z paczkami. „Lopek” zabrał jakąś niewielką sumę pieniędzy (pokaźna kwota została zabrana w sobotę przed ogłoszeniem stanu wojennego); dał mi też plakaty oraz paczki z powiązanych teczek biurowych. Wszystkie te rzeczy zostały przeniesione podczas trzech przemarszów.
W okresie Bożego Narodzenia (trudno mi teraz ustalić czy było to przed czy też po Świętach) pojawiła się w Warszawie z darami dla represjonowanych pani z Mediolanu, która przynajmniej przez 5 lat była tam rezydentem służb specjalnych PRL-i już na początku stanu wojennego została uruchomiona w celu wniknięcia w podziemne struktury „Solidarności”. Dałem o tym znać ks. Tomaszowi Bojasińskiemu w kościele św. Marcina i o ile mi wiadomo, pani ta więcej nie pojawiła się w Warszawie.
Po powrocie z Antarktydy zaprzyjaźniłem się z sąsiadem Czesławem Kropielnickim, o którym wiedziałem, że miał kiedyś bar vis á vis mieszkania Jacka Kuronia. I kiedy do Jacka przychodziło dużo ludzi, wtedy Czesław odciągał z obserwacji „krawężników” prosząc o pomoc w przenoszeniu skrzynek z piwem, którym potem obficie częstował. Po objęciu baru „Hutnik” dowoził strajkującym jedzenie. Czesław zgodził się na współpracę już 13 grudnia i zarekomendował swojego szwagra Marka Grzelakowskiego. Do współpracy wciągnąłem też przełożonego mego najstarszego syna z OAZ-y – Andrzeja Rotowskiego. Przed Bożym Narodzeniem, Andrzej (absolwent Technikum Kolejowego) pokazał nam gdzie można się podłączyć do głośników na peronie w Pruszkowie i dał na taśmie satyryczne przemówienie Jaruzelskiego z wybranych fragmentów jego wystąpień. Poświęciłem swój mały magnetofon i tak powstała audycja nadana między godz. 16-17, kiedy ludzie wracali z pracy. Przed Bożym Narodzeniem Krzysztof Zdzitowiecki (kolega ze studiów, wypraw w góry i na Antarktydę) skontaktował mnie u siebie w domu ze swoim szwagrem – Andrzejem Niedkiem (ps. „Alek”) i Anną Lasocką. „Alek” zaproponował, bym zajął się dokumentacją oraz informacją i dlatego dal mi pseudonim „Omega”. Czesławowi Kropielnickiemu mogłem przekazać sprawy transportu, bo wcześniej ofiarował on takie usługi. Łączniczką między mną a „Alkiem” została Anka Lasocka, a w sytuacjach awaryjnych moja żona, ponieważ pracowała w Zakładzie Parazytologii PAN przy ul. Pasteura 3 razem z Krzysztofem Zdzitowieckim. Kontakt między mną a „górą” w Regionie miał przejąć Witek Zieliński, który znał Janka Gołąba, Wojciecha Skowrona i ks. Leona Kantorskiego. Rolę awaryjnego łącznika miał przejąć mój najstarszy syn Przemysław, ze względu na kontakty oazowe w Podkowie Leśnej. I tak powstały zręby struktury organizacji, która wg „Alka” miała nosić nazwę Grupy Specjalne (główne zadania to: „konspiracja w konspiracji” – jak mówił „Alek” – oraz karanie kolaborantów). W związku z tym, że brakowało potem „rąk do pracy”, musieliśmy się też zajmować innymi sprawami. Po przejęciu roli koordynatora Grup przez Teosia Klincewicza, nazwał on po pewnym czasie rozbudowane struktury Grup Specjalnych Grupami Oporu, aby nie kojarzyły się one z działaniami terrorystycznymi. Podczas pierwszego spotkania z „Alkiem” zaproponowałem zbieranie dowodów osobistych od pijaków w barze „Hutnik”. W drugiej połowie stycznia przekazałem ok. 25-30 dowodów za pośrednictwem „Alka” do legalizacji Teosiowi Klincewiczowi (wtedy miał chyba ps. „Borys”?). Drugi taki sam plik dowodów dostarczyłem w połowie lutego i marca wraz z nadrukowanymi listownikami kilku instytutów PAN i pieczątkami dla „legalnego” kupowania papieru.

Uważałem, że niezbędne jest regularne kolportowanie w Grupach wszelkich dostępnych niezależnych wydawnictw, ponieważ ukazywały one rozbudowę podziemnych struktur i aktywizowały nas do pracy. Wydawnictwa te w pierwszej połowie 1982 r. przynosił do Otrębus Witek Zieliński. Niektóre tytuły zachowały się u Andrzeja Rotowskiego, który przekazał je mnie 26.IV.2008: „Druk” (już z datą 1.II.1982), „Tygodnik Wojenny”, „Wojenny Biuletyn Informacyjny Ursus – Huta – FSO”, „Wolny Głos Ursusa”; a następnie – „Baza”, „Słowo”, „Kierunki”, „Warszawianka”, „Vacat”, „Reduta Ordona”, „CDN”, „Wola”, „Tygodnik Mazowsze” oraz „Sektor” (jeśli mnie pamięć nie myli był drukowany w Łomiankach w mojego kolegi Włodka Ławacza z Instytutu Ekologii PAN w Dziekanowie Leśnym). Czasami przywoziłem z Krakowa „Serwis Informacyjny RKW Solidarność Małopolska”. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych otrzymywałem od Pawła Kapuścińskiego (ps. „Raszke”) „Solidarność Radia i Telewizji”. Na podkreślenie zasługuje wydana w roku 1983 przez CDN instruktażowa broszurka „Mały Konspirator” – kupiłem kilkadziesiąt egzemplarzy dla najbliższych współpracowników. Otrzymywaliśmy tez różne plakaty – zarówno do kolportowania, jak i naklejania (zapamiętałem, że był m. in. plakat z portretem Jaruzelskiego poszukiwanego listem gończym, który przyklejaliśmy na trasie kolejki WKD).
Na początku stanu wojennego „Alek” i Anka Lasocka utrzymywali kontakt z Krzysztofem Laskowskim (?). Podczas rozmowy z nim odniosłem wrażenie, że jest on geologiem. Był on dość wcześnie aresztowany i po wypuszczeniu sprawiał wrażenie człowieka załamanego, twierdząc, że SB-ecja wszystko o nas wie. Poprosiłem wtedy „Alka”, by zerwał z nim kontakt, ponieważ obawiałem się, że Krzysztof wyszedł na wolność jako „przynęta”.
W pierwszej akcji ulotkowej z „Alkiem” brałem udział w Wielkim Tygodniu (było to między wtorkiem a piątkiem). „Alek” dostał zbyt mało ulotek, więc Anka Lasocka przepisała na moich matrycach ich treść, a ja przekręciłem kilka ryz papieru na powielaczu (i tak zakończył się żywot powielacza z AK – bo popękały mu wałki). W Domach Centrum na ul. Marszałkowskiej rzucali ulotki m.in. „Alek”, Andrzej Rotowski i Jacek Cibor. Hubert Kropielnicki (syn Czesława, wtedy jeszcze uczeń szkoły ogólnokształcącej w Komorowie) rzucał je z antresoli na Dworcu Centralnym, a ja ze strychu u cioci Strzemżalskiej w Al. Jerozolimskich (nad dawnym fotoplastikonem k/ul. Pankiewicza). To miejsce znakomicie nadawało się do ulotkowania, bo do mieszkania i wejścia na strych prowadziły dwa niezależne wejścia, a w Alejach często wiał wiatr i ulotki same były zdmuchiwane. W czasie bezwietrznej pogody można było założyć do żarówki tzw. „złodziejkę” i przyłączyć wiatraczek do klimatyzacji. To miejsce, za zgodą Teosia, wykorzystywałem zawsze, kiedy byłem odsunięty już od akcji ulicznych, ze względu na bezpieczeństwo drukarni, po wstawieniu do mojej pralni maszyny oficyny „Rytm”. Zgodę otrzymałem po wspólnym ulotkowaniu wiosną 1984 r. (nie wiedzieliśmy wtedy, że będą przejeżdżali generałowie z Paktu Warszawskiego, więc uzyskaliśmy dodatkowy efekt).
Na wiosnę 1982 r. uzyskałem kontakt ze Zbyszkiem Lewandowskim (ps. „Janusz”?), który mieszkał w Podkowie Leśnej. Otrzymałem wtedy od „Lotnego” maszynopis broszury o Powstaniu Warszawskim (dotyczył on opinii o Powstaniu wygłoszonych przez czerwonych oraz żołnierzy AK). Udało się nam wydrukować przy pomocy wałka ok. 1000 egzemplarzy (!), ale Zbyszek dostał jeszcze dużo zdekompletowanych egzemplarzy do uzupełnienia, bo ok. 500 egzemplarzy dostarczonych przez „Lopka” do KPN-u przepadło podczas rewizji.

Koniec części drugiej.

Bolesław Andrzej Jabłoński, ps. „Brok II”, „Omega”, „Profesor”

 

Zdjęcie pochodzie ze strony: https://dzieje.pl/aktualnosci/archiwum-grup-oporu-solidarni-trafilo-do-archiwum-akt-nowych

Znak graficzny “rytm” pochodzi ze strony: http://www.rytm-wydawnictwo.pl