“Dziewięciu z Pruszkowa” – pamiętajmy o Nich.

Słowo wstępne od redakcji:

Przygotowując materiały dotyczące kalendarza historycznego wydarzeń Pruszkowskich trafiłem do książki Henryka Krzyczkowskiego „Dziewięciu z Pruszkowa”. Historie ludzi – Pruszkowiaków z Dzielnicy Milionerów wymaga przypomnienia. To zastanawiające dlaczego tak mało wiemy o ich życiu. Walce z Niemieckim najeźdźcą i darze życia które złożyli za Nas i Naszą Ojczyznę. Postanowiłem wybrać fragmenty książki i przypomnieć o nich. O Bronisławie Chajęckim, Leszku Chełmińskim, Mieczysławie Kruszewskim, Stanisławie Kowalczyku i pięciu innych. Ponieważ bliższym memu sercu tematem jest lotnictwo, zaczynam od Leszka Chełmińskiego. Wybrane fragmenty zaopatrzyłem w ogólnie dostępne w internecie zdjęcia. Historia mechanika lotniczego Dywizjonu Bombowego 300 i 318, ukaże się w dwóch częściach.

 

 

 

LESZEK CHEŁMIŃSKI

 

 

 

 

Pewnego dnia, na początku września 2002 roku, późnym wieczorem zadzwonił telefon. Niespodziewanie usłyszałem głos Leszka Chełmińskiego. Przed trzema godzinami przyleciał z Montrealu i zatrzymał się u Stacha Wołłosieckiego, za dwa dni miał odjeżdżać do Ciechocinka na trzytygodniową kurację. Umówiliśmy się, że gdy powróci do Warszawy po kuracji, odwiedzi mnie dla odbycia dłuższej rozmowy połączonej z obiadem. (…)

Pewnej nocy, po telefonie Leszka, gdy rozmyślałem o swoim mieście, doszedłem do przekonania, że nazwisko CHEŁMIŃSKI zawsze będzie się dla mnie łączyło z widokiem wysokiego, przystojnego mężczyzny w mundurze strażackim, z błyszczącym złocistym hełmem na głowie, maszerującego na czele długiej kolumny dzielnych strażaków. (…)

Pruszkowski Oddział Ochotniczej Straży Pożarnej był w tamtych czasach ozdobą tradycyjnych pochodów urządzanych dwa razy do roku, dla uczczenia rocznicy 3 Maja oraz 11 Listopada. W te rocznicowe dni Pruszków przybierał odświętny wygląd. W przeddzień wieczorem dokładnie zamiatano jezdnie i chodniki, a rynsztoki bielono wapnem. Od rana na wszystkich domach wywieszano flagi, a na niektórych balkonach w śródmieściu pojawiały się portrety prezydenta oraz Marszałka Piłsudskiego, a także wizerunek białego orla na czerwonym tle. W tych świątecznych dniach, po uroczystym nabożeństwie w kościele pod wezwaniem św. Kazimierza, odprawianym przez proboszcza ks. Edwarda Tyszkę z udziałem chóru, solistów oraz orkiestry, na placyku przed kościołem ustawiał się pochód. (…)

Na długo zapamiętałem rywalizację tych dwóch orkiestr dętych podczas zabaw ogrodowych w parku “Sokoła”. “Strażacy” popisywali się słynnym “Marszem Radetzky’ego” (https://youtu.be/DHeOnh0n5g8), a “Sokoli” popularną od czasów wojny rosyjsko-japońskiej melodii? “Na stokach Mandżurii” oraz amerykańskim przebojem tamtych lat, “Lekką kawalerią” Suppego (https://youtu.be/MhWRmtsPCdM). (…)

Przez długie lata komendantem pruszkowskiego oddziału Ochotniczej straży Pożarnej był Witold Chełmiński. Z Pruszkowem związał się jeszcze przed pierwszą wojną światową. Był wtedy urzędnikiem Zarządu Miasta Warszawy, po latach został natomiast dyrektorem Biura Zarządu. Na wiosnę 1914 roku poślubił Antoninę Kurowską, córkę zawiadowcy stacji Drogi żelaznej Warszawsko- Wiedeńskiej w Pruszkowie. To maleństwo związało go na zawsze z Pruszkowem. Młodzi małżonkowie zamieszkali w domu nr 46 przy ulicy, którą znacznie później nazwano ulicą Narutowicza. W roku 1915 urodził im się syn Leszek, a w rok później – córka Jadwiga (zmarła 01.05.1975 r.). (…)

W roku 1930 Leszek zmienił szkołę, przeniósł się do gimnazjum im. Tomasza Zana w Pruszkowie. Tu w roku 1936 zdał egzamin maturalny. Lata spędzone “u Zana” wspominał bardzo dobrze. Zapamiętał jako wzorowych nauczycieli dyrektora i matematyka – Leona Ostrowskiego oraz jego żonę polonistkę, panią Stanisławę Ostrowską, a także historyka – Warpachowskiego. Był naprawdę uszczęśliwiony, gdy opowiadał o swoich odwiedzinach u dwóch koleżanek szkolnych, Zosi Kalisiewicz-Michalskiej w Pruszkowie i u Jadzi Wenerowicz-Donten w Warszawie. (…)

Po maturze w roku 1936 Leszek zdał konkursowy egzamin do Sekcji Technicznej Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Warszawie przy ul. Rakowieckiej nr 2. Sekcję techniczną powołano dla szkolenia inżynierów – mechaników, specjalistów w zakresie aeronautyki. Trudno jest przecenić ważność tego zawodu. życie każdego lotnika zależało od umiejętności i rzetelności mechanika przygotowującego samolot do lotu. Selekcja kandydatów do obu Szkół Lotniczych była wyjątkowo dokładna. Dobierano rzeczywiście najlepszych. Pilotów i obserwatorów szkolono w “Szkole Orląt” w Dęblinie, a mechaników lotniczych – w Warszawie, w szkole mieszczącej się w dawnych carskich koszarach. W pobliżu aż do dzisiejszej Alei Żwirki i Wigury – rozciągało się Lotnisko Mokotowskie. W latach trzydziestych przeniesiono lotnisko na Okęcie i tam, do nowo zbudowanych koszar, przeniósł się 1. Pułk Lotniczy. Budowano hangary, stację benzynową i bocznicę kolejową. Przenoszono także lotnisko cywilne Polskich Linii Lotniczych LOT. (…)

Leszek Chełmiński w końcu lipca 1939 roku pomyślnie złożył końcowe egzaminy. W dniu 1 sierpnia odbyła się uroczysta promocja na stopień podporucznika. Został Oficerem Korpusu Lotnictwa. Równocześnie dowiedział się, że został przydzielony do l. Pułku Lotniczego w Warszawie. Pułk stacjonował już na lotnisku Okęcie. Dawne lotnisko na Polu Mokotowskim powoli stawało się terenem wypoczynkowym i spacerowym. Pierwszy Pułk Lotnictwa Myśliwskiego, do którego przydzielono Leszka, był wyposażony w dość przestarzałe samoloty polskiej konstrukcji P.II oraz w bardziej nowoczesne samoloty rozpoznawcze Karaś, także polskiej konstrukcji. (…)

Leszek spędzał sobotnie wieczory i niedziele w Pruszkowie. W niedzielny wieczór, przed capstrzykiem, był Jednak zawsze w koszarach. W każdą niedzielę był w pruszkowskim kościele na mszy o godzinie 10.00, podobnie jak to było w latach szkolnych. Po mszy spacerował z kolegami po ulicach miasta lub alejkach parku Sokoła. Później był obiad i odpoczynek na łonie rodziny. Starano się nie mówić o możliwości wybuchu wojny. Przed wieczorem odjeżdżał kolejką EKD do Warszawy. W sobotę 26 sierpnia obowiązywał zakaz opuszczania koszar. Rozpoczęły się przenosiny na polowe lotnisko w okolicach Mińska Mazowieckiego. Coraz mocniej dawało się odczuć zbliżające się wielkie niebezpieczeństwo. Stopniowo na polowe lotniska odlatywały gotowe do akcji myśliwce P.II i rozpoznawcze Karasie. Łosie – samoloty bombardujące – już od kilku dni znajdowały się na polowych lotniskach. W hangarach na Okęciu były tylko samoloty starych typów i remontowane P.II. Wszystkie te samoloty nie wymagały betonowych pasów startowych, wystarczała im równa powierzchnia łąki lub rżyska. (…)

Ostatnie dni sierpnia Leszek spędzał w hangarach na Okęciu. Naprawiano jakieś drobne uszkodzenia. Po wielu latach Leszek wspominał, że w ostatnich dniach sierpnia pracy miał bardzo dużo. W hangarach na Okęciu pozostawiono pewną ilość samolotów P.II przeznaczonych do obrony Warszawy i lotniska Okęcie. Wszystkie maszyny kontrolowano, uzupełniano paliwo, oliwę i amunicję. Pracy miał tak dużo, że nie miał czasu na wysłuchanie wiadomości radiowych ani na przeczytanie gazety. Zmęczony, poszedł spać około 22.00.

Od razu usnął.

Następnego dnia, a był to piątek 1 września 1939 roku, rano podczas golenia usłyszał warkot nadlatujących samolotów. Po chwili na lotnisko spadły pierwsze bomby. Chwilę później usłyszał długie serie karabinów maszynowych. To nasze samoloty przepędzany nieprzyjaciela. To już była wojna! Szybko się ubrał i pobiegł do pomieszczeń dowództwa. Okazało się że kilka bomb spadło na teren lotniska. Uszkodzony został jeden hangar. Leszek mógł zaobserwować pierwszą walkę powietrzną. Przed południem odjechał wraz z kolumną samochodów ciężarowych z ludźmi i sprzętem potrzebnym do napraw uszkodzonych samolotów, na lotnisko polowe pod Miśkiem Mazowieckim. Po południu obserwował z daleka nalot na Warszawę. Samoloty leciały na dużej wysokości. Nasza artyleria przeciwlotnicza nie mogła ich dosięgnąć. Od pierwszego dnia wojny zaznaczyła się ogromna przewaga niemieckiego lotnictwa. (…)

Po kilku dniach 1. Pułk Lotniczy przenosił się na południe Polski. Straty tego pułku były ogromne – zarówno w ludziach, jak i w sprzęcie. W ślad za pułkiem, na południe wyjeżdżały samochody z mechanikami i sprzętem potrzebnym do napraw uszkodzonych samolotów. Gdy zgodnie z otrzymanymi rozkazami kolumna ciężarowych samochodów przybyła 16 września nad granic rumuńską, okazało się, że Leszek był jedynym oficerem. Dowódca pułku, tak jak i jego zastępca, polegli podczas nalotów. Wielu oficerów zostało rannych. 17 września, po otrzymaniu wiadomości o wkroczeniu Sowietów w granice Polski, Leszek otrzymał rozkaz udania się wraz z całą kolumną samochodów do Bukaresztu, aby nawiązał kontakt z ambasadą polską. Tam otrzymał kolejny rozkaz – udania się do portu w Constancy, gdzie polscy lotnicy mieli przejąć angielskie samoloty jako pomoc dla naszego lotnictwa. Przy wjeździe do Constancy kolumna polskich ciężarówek z polskimi lotnikami została zatrzymana. Skierowano ich do portu Bałczik (obecnie port bułgarski), gdzie oczekiwał na uchodźców angielski statek, którym mieli popłynąć na Maltę. Na statek załadowało się blisko tysiąc uciekinierów z Polski. Byli to żołnierze, którzy chcieli razem z armią francuską walczyć z Niemcami. Pobyt na Malcie przedłużał się. Dopiero 11 listopada wylądowali na ziemi francuskiej. Znaleźli się w Marsylii. (…)

1 listopada 1939 roku – lotników przewożono do Bron pod Lyonem, gdzie zostali wcieleni do Armee de l’Air. Otrzymali francuskie mundury oraz przydzielono im kwatery. Zaczynali nowe życie. Po kilku tygodniach szkolenia teoretycznego eskadrom polskim przydzielono samoloty, bombowce Potez 540 i myśliwce Morane-Saulnier. Francuscy instruktorzy rozpoczęli szkolenie Polaków. W pierwszych dniach grudnia 1939 roku 64 polskich pilotów odpłynęło do Anglii. Oficerowie angielscy już na Malcie przeprowadzali rozmowy z polskimi lotnikami. Anglicy najbardziej potrzebowali pilotów samolotów myśliwskich. Od razu przystąpiono do szkolenia ich na brytyjskich maszynach. Leszek, przebywający w Bron, został przydzielony do grupy francuskich mechaników samolotowych. Od pierwszego dnia zauważył lekceważący stosunek do polskich żołnierzy. Jakiś oficer francuski pogardliwym tonem pytał, w jaki sposób Polska mogła tak szybko przegrać wojnę:

– Przecież tyle wam pomagaliśmy! (…)

– Dlaczego mamy umierać za jakiś tam Gdańsk, jeśli nam Niemcy nie zagracają?

To były naprawdę bardzo przykre rozmowy. Raz padło i takie stwierdzenie:

– Co nas obchodzi jakaś Polska?

Ten nieprzychylny stosunek do Polaków zmieniał się stopniowo, gdy Francuz coraz częściej uciekał przed niemieckim myśliwcem lub kiedy polscy piloci zaczęli odnosić zwycięstwa w walce z Niemcami. Leszek opowiadał mi takie wydarzenie. Z lotniska pod Lyonem pewnego ranka wyleciały trzy samoloty. Dwóch Francuzów i jeden Polak. Gdy zobaczyli nadlatujące ze wschodu trzy niemieckie samoloty myśliwskie, Polak poleciał w ich kierunku i zaatakował lecącego w jego stronę Niemca. Walka trwała krótko. Po kilkudziesięciu sekundach płonący samolot niemiecki spadał na ziemię. Podczas tej krótkiej walki dwa pozostałe samoloty niemieckie odleciały na wschód. Wcześniej to samo zrobiły samoloty francuskie. Gdy Polak powrócił na lotnisko, usłyszał wymówki francuskich pilotów: jednemu zaciął się karabin maszynowy, a drugiemu drążek sterowy odmawiał posłuszeństwa. Ta sprawa stała się głośna na lotnisku. Wzrastał autorytet polskich lotników. (…)

Koniec części pierwszej.

 

Zainteresowanych odsyłam do elektronicznego wydania książki pod adresem: http://mbc.cyfrowemazowsze.pl/dlibra/docmetadata?id=55842&from=publication  Henryk Krzyczkowski – Dziewięciu z Pruszkowa, wydanie Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Henryka Sienkiewicza w Pruszkowie 2008 rok. Publikacja ukazała się dzięki pomocy finansowej Urzędu Miejskiego w Pruszkowie, ISBN 978-83-926204-3-3, Wydanie pierwsze. Słowo od wydawcy Grzegorz Zygadło.