Sztuka potrzebuje tlenu

O śledztwie genealogicznym i procesie twórczym, który przypomina pobyt w zakonie kontemplacyjnym, opowiada Włodek Pawlik – muzyk jazzowy, kompozytor, laureat nagrody Grammy; człowiek utalentowany, ale i ciężko pracujący na swój artystyczny dorobek i sukces.

RAFAŁ WĘGLEWSKI: – Czy ciężka praca popłaca?

WŁODEK PAWLIK: – Mówiąc krótko: tak, popłaca, ale to nie wszystko, przynajmniej w mojej profesji. To połowa tego zagadnienia – drugą połowę stanowią predyspozycje, zdolności, niektórzy mówią: talent. Dobrze, jeżeli te dwie sfery się dopełniają. Wtedy mamy większą pewność, że to, co robimy, będzie miało znamiona naszego osobistego sukcesu czy też wartości wykraczającej ponad naszą osobistą sferę życia.

– Cały muzyczny świat zna Pana m.in. dzięki płycie „Night in Calisia”, która została nagrodzona Grammy. Do tego sukcesu przyczyniła się z kolei wcześniejsza płyta „Tykocin”…

– Tak, płyta pod tytułem „Jazz Suite Tykocin” najpierw ukazała się w Polsce w 2009 r. Została nagrana w Białymstoku z Filharmonią Podlaską, prowadzoną wówczas przez znakomitego dyrygenta Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego, który zaproponował mi skomponowanie muzyki mającej opowiadać historię rodziny Breckerów. Należy podkreślić, że Brecker Brothers to nazwa jednej z najważniejszych grup jazz-rockowych, muzyki określanej w USA w latach 70. i 80. ub. wieku także mianem fusion. Została założona przez genialnych amerykańskich muzyków – braci Randy’ego i Michaela Breckerów. Był to okres niesamowitej popularności tego zespołu, który łączył elementy muzyki rockowej z muzyką jazzową, muzyką etno oraz nurtem muzyki elektronicznej. Ich płyty sprzedawały się wtedy bardzo dobrze w Stanach Zjednoczonych. Miałem przyjemność i szczęście współpracować z Randym Breckerem, trębaczem i kompozytorem tej grupy. W 1995 r. ukazała się nasza pierwsza płyta pt. „Turtles”. Od tego czasu jesteśmy zaprzyjaźnieni. We wspólnym dorobku mamy inne płyty, które ukazały się na rynku amerykańskim.
Płyta „Jazz Suite Tykocin” jest efektem zdarzeń, które nastąpiły w związku z chorobą młodszego brata Randy’ego – słynnego saksofonisty Michaela Breckera, u którego na początku lat dwutysięcznych zdiagnozowano nowotwór. Cały jazzowomuzyczny świat dowiedział się o problemach zdrowotnych muzyka. Jego rodzina wraz z Randym Breckerem wysłała do mnie prośbę, abyśmy pomogli w poszukiwaniach dawcy szpiku dla Michaela.

– Czuł Pan, że była to misja do spełnienia?

– W pewnym sensie tak, ale ja byłem jednym z wielu, którzy zdecydowali się pomóc.

– Czy na płycie jest zawarta muzycznie ta historia?

– Do pewnego stopnia tak, jednak nie jest ona jednoznacznie ukazana, bezpośrednio i wprost. Genezą jest jednak ta historia.

– Rozpoczął Pan poszukiwania i wykonał pracę genealogiczną…

– Okazało się, że Breckerowie, rodzina amerykańska, mają polskie pochodzenie i są potomkami rodziny Tykockich, a ich korzenie sięgają bardzo dalekiej przeszłości miasteczka Tykocin. Jednego z niewielu miast, w którym przez całe wieki żyły razem dwa narody, reprezentujące dwie kultury: Polacy i Żydzi. Razem z moją żoną dotarłem do źródła wiedzy na temat pochodzenia tej rodziny. Odnaleźliśmy historyka zajmującego się tematyką tamtego regionu i jego mieszkańców. Miał on dużą wiedzę na ten temat i odszyfrował nazwisko z brzmienia angielskiego. Okazało się, że oryginalne nazwisko brzmiało: Tykoccy. Stąd się wzięła dalsza historia poszukiwania kodu genetycznego. Odnalazło się bardzo wiele osób z rodziny Breckerów, wielu ich krewnych w Polsce, Ameryce i Izraelu.

– Misją było uratowanie człowieka…

– Staraliśmy się, zrobiliśmy, co w naszej mocy. Niestety, przeszczep się nie udał, Michael zmarł. Nie ma go już wśród nas. Ta historia była dla mnie i dla rodziny Breckerów na tyle dramatyczna i intrygująca, że opowiedziałem ją w tamtym czasie Marcinowi Nałęcz-Niesiołowskiemu, dyrektorowi Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku. Wysłuchał i zafascynowany, wiedząc, jakie znaczenie dla muzyki mają Breckerowie, powiedział: Włodek, napisz to w nutach, to jest niesamowite! Dał mi do dyspozycji orkiestrę i stworzył możliwości, abym mógł to skomponować. Jest to kilkuczęściowa suita, nawiązująca pośrednio do historii jazzmana, jednego z gigantów muzycznych, czyli Michaela Breckera i jego rodziny. Udało się związać to jego życie i cierpienie z przeszłością, która jak się okazuje, była przeszłością jego przodków na Podlasiu. Stąd się wzięła ta płyta… Gdy skomponowałem materiał, nagraliśmy go z orkiestrą i Randym Breckerem. Pracowaliśmy nad tym blisko dwa tygodnie. Odbyły się też dwa premierowe koncerty, jeden z nich był wyjątkowy, gdyż zagraliśmy go w Tykocinie, na dziedzińcu jednej z najstarszych synagog w Polsce. Płyta miała również swoją drugą odsłonę, gdyż rok po jej wydaniu w Polsce ukazała się w Stanach Zjednoczonych pod zmienionym tytułem „Nostalgic Journey: Tykocin Jazz Suite” (2009). Album zebrał bardzo dobre recenzje, był często prezentowany w rozgłośniach jazzowych. Był również nagradzany w rankingach najlepszych płyt tamtego roku i w mediach zajmujących się jazzem. Było to wielkie wyróżnienie, w rankingu Los Angeles Jazz Station otrzymałem za tę muzykę nagrodę kompozytora roku w USA.

– Wróćmy do Pańskich korzeni muzycznych. Jakimi artystami inspirował się Pan w młodości?

– Idoli było wielu, np. Chick Corea. Byłem pod wielkim wrażeniem jego płyt elektronicznych. Na pewno były to także grupa Mahavishnu Orchestra, czyli John McLaughlin, oczywiście Weather Report i wiele jazz-rockowych grup. Słuchałem też dużo jazzu akustycznego. Kwintet Milesa Davisa był dla mnie absolutnie rewelacyjny, chciałem taką muzykę poznać i w podobny sposób grać, bez wątpienia wielkie wrażenie robił też kwartet Johna Coltrane’a. Inspiracji było bardzo wiele, nie sposób wszystkich wymienić. Traktowałem jazz totalnie, nie selektywnie – ta muzyka mnie uwiodła. Od wczesnego dzieciństwa byłem zafascynowany amerykańską muzyką wywodzącą się z bluesa, który otworzył nam drzwi na różne kierunki, jak jazz, pop, rhythm and blues. Ameryka była zjawiskiem wyjątkowym, jeśli chodzi o muzykę w XX wieku. Było to bardzo intrygujące i fantastycznie przyjmowane przez ludzi. To nie była muzyka dla elit. Amerykańska muzyka była zaprzeczeniem europejskiej elitarności, muzycznych katedr pełnych patosu i sloganów, a jeśli chodzi o przekaz, nie była wyzbyta emocji. Jesteśmy dziećmi amerykańskiej muzyki i ona cały czas na nas oddziałuje. Czasami zapominamy, że początkiem były blues, gospel itd.

– Jak Pan tworzy? Jak przebiega proces twórczy?

– Różnie (śmiech). Jeżeli mówimy o komponowaniu, to jest to sfera dla mnie bardzo osobista i intymna. Jesteśmy w pokoju, w którym skomponowałem bardzo wiele rzeczy, to jest ten instrument, na którym często tworzę, na którym rozpoczynam przygodę i wędrówkę – od pierwszego dźwięku do ostatniego. Jest to praca bardzo odosobniona, wyciszona. To trochę tak jak w zakonie kontemplacyjnym. Gdy komponuję, wchodzę w świat niezbędnej sfery natchnienia, sfery twórczej, z tym, co chcę w muzyce osiągnąć. Są to jednak często procesy irracjonalne. Potrzebuję ciszy i spokoju. Jest mi to niezbędne do komponowania.

– Jaki jest Pański ulubiony święty?

– Święty Franciszek…

– Dlaczego?

– To był wielki człowiek, który poszedł do ludzi, zrzucił szaty jako syn kupca. Człowiek, który idzie do każdego – jestem ubogi w duchu, ale to nas łączy. Powinniśmy się ubogacać w duchu. Świętość wymaga świadectwa. Oby to świadectwo nie wymagało od nas ofiary na miarę św. Maksymiliana Kolbego, ale by była to ofiara jak św. Franciszka, z uśmiechem na twarzy. Przydałoby się, abyśmy się w Polsce bardziej szanowali – odrobina dystansu do siebie i wiary w to, że drugi człowiek jest Bożą istotą, a nie wrogiem.

– Co może Pan powiedzieć młodym artystom oraz osobom z kręgów sztuki, które często dopiero rozpoczynają swoją artystyczną przygodę?

– Sztuka potrzebuje tlenu i wolności. Wolności od ograniczeń, które uniemożliwiają pełną ekspresję. Pierwsze kroki mogą być nieudane. Może być tak, że ktoś jest magistrem sztuki, a nic z tego nie wynika. Artystą jest ten, kto nie do końca akceptuje racjonalną sferę rzeczywistości.

Artykuł został opublikowany w numerze Niedziela Ogólnopolska nr 44/2019 na stronie: https://m.niedziela.pl/artykul/145437/nd/Sztuka-potrzebuje-tlenu?fbclid=IwAR25V4pnm1_WbJs0O1gpuQ6OhmLWnoVqbK8v56o3c_l2XG51S_vfTIjI8tc