Smoleńskie ciernie

Grażyna Tatarska

 

LASY 

Telefonujemy w kosmicznym szoku. Sąsiad do sąsiada puka zapłakany.

Czy słyszała pani, czy pan już wie?

Nie dolecieli! Zdradzeni nad ziemią.

Światu odkryli tajemnicę z katyńskich grobów.

Bo co to za miejsce, gdzie leżą z kulą kata z tyłu głowy?

Bo co to za miejsce, gdzie ciała w kawałkach w błocie.

Kolejny raz polską elitę poszatkowali pod Moskwą.

 

Telefonujemy w kosmicznym szoku. Sąsiad do sąsiada puka zapłakany.

Czy słyszała pani, czy pan już wie?

Nie dolecieli! Zdradzeni nad ziemią.

W katyńskim i smoleńskim lesie misterium śmierci Tej i Tamtej.

Bóg wyzwolił z grzechu katów – przez ogień Ich wniebowstąpienia,

przez zdradzieckie kule w plecy.

Bestia opuszcza ziemię w anielskim szyku,

przez Ich ofiarowanie w smoleńskim i katyńskim lesie.

 

Wieści lecą niczym orzeł. Czy słyszała pani, czy pan już wie,

że nie ma KATynia? Nasi z grobów wracają do ojczyzny.

Świat usłyszał wreszcie o mordzie NKWD.

Boże, czy po to była Ich śmierć i nowa bestia Smoleńska…?

10.04.2010

 

MILION  KAWAŁÓW  TUTKI W  ROSYJSKIM  BŁOCIE

Słońce wstało  normalnie, by oblec wstęgę żałobną.

Trzaski, huki nad smoleńskim lasem. W telewizorze widać wrak samolotu

w rosyjskim błocie. Kto wie? Kto leciał? Ustalają listę: 55 osób czy 96?

Czy ktoś przeżył? Boże! Czy to żart? Lecieli w pancernej Tutce!

W skręconym żelastwie są głowy i nogi nie od pary.

Zmiażdżone oczy… co one widziały? Boże!. Tylko gdzie ubranie…

Zwęglone kawałki ciała. Tak, to ona… Ojczyzna wstaje z błota kłamstw i zdrady.

 

Słońce jeszcze nie zaszło Chrystusowego dnia.

Płaczę i ty płaczesz. Instynktownie idziemy pod Pałac Prezydencki. Tam już

usypane pagóry kwiatów. Płonące znicze powiększają krąg. Cofamy się

poza Krakowskie Przedmieście. Przyjeżdżają z Lublina i Szczecina.

Zgromadzeni wiedzą, że ONI są w pałacu, a nie w ruskim błocie!

Bo umilkły krzyki z katyńskich grobów. Świat już wie.

Wracają do domu z Katynia i ze Smoleńska.

 

Słońce jeszcze nie zaszło Chrystusowego dnia.

Jadą pociągi z Łodzi i Gdańska. Z Wrocławia i z Krakowa już są na Nowym Świecie.

Potokiem płynie narodowy płacz. Ludzie szepczą: zamach, zamach.

Trwa pielgrzymka kwiatów pod Krzyż Papieski przy Grobie Nieznanego Żołnierza.

W cichych modlitwach jest pewność: stąd idą do nieba.

W płacz nocy COŚ wnika. Jest jedność. Poćwiartowana, polska elita – zmartwychwstaje. Słońce nie będzie już krwawe.

10.04.2010

 

NA  KRAKOWSKIM  PRZEDMIEŚCIU

Nie zapomnę,

W telewizorze przebudzenie czy gorzkie żale. Śp. Prezydent Kaczyński już nie jest kartoflem.

Widzimy Parę Prezydencką przytuloną na plaży. Boże! jacy oni zakochani, naturalni i nasi.

Oszukali, mamili karykaturą zdjęć i kpiną w mediach. Jezu, co oni zrobili Lechowi? Pytania, pytania… Oburzenie od Bałtyku po Giewont.

Grona gniewu opadają ze zmęczonych powiek. Stoję w kolejce, która wije się wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia. Kolejka zakręca, rozszerza, wydłuża się, by zakręcić, dopełznąć do trumien. Pochylamy głowy, klękamy przed majestatem Rzeczpospolitej.

 

Nie zapomnę,

stoję przed Pałacem Prezydenckim. Pali się łan zniczy. Tysiące, tysiące ludzi pochylonych, modlących.  Patrzę w okna pałacu, gdzie są dwie trumny śp. Pary Prezydenckiej.

Nagle ogarnia mnie niewytłumaczalna radość, jaką doświadcza jedynie dziecko. Boję się spojrzeć na bolesne twarze, bo pomyślą, że cieszę się z narodowej tragedii.

Widzę dziwny promień światła idący z okien, jakby za szybą były dwa słońca zamiast trumien.

Szczęśliwość wnika w me serce.

 

Nie zapomnę,

odkąd wywieziono z pałacu trumny,  pałac stał się ciemną pieczarą. Z okien zionie chłód. Przeraźliwy. Jest mi zimno od patrzenia w okna pieczary. Lodowe pręgi chłoszczą zapłakane oczy. Pusto, pusto. Boleśnie.

Tęsknota rozrywa me ciało na kawałki. Jakże boli ich nieobecność. Jakże boli to, co teraz ma nadejść.

 

Nie zapomnę,

wściekłe kły rozszarpują nasze mózgi, wsączają jad w myśli i w serca.

W telewizorze bełkocze coraz wymyślniejsza propaganda:

–  że pijany generał Błasik kazał załodze lądować,

–  że skrzydło samolotu zahaczyło o pancerną brzozę,

–  że załoga Tu-154M sprowadziła samolot o 20 metrów poniżej pasa startowego,

–  że kopaczowe plemię kopało na metr, przesiewało ziemię i raportowało: nie znaleziono śladów wybuchu słońca.

Niektórzy zaczynają wierzyć.

Informacje z TVN-u rozdzielają Polaków długością Wisły albo szerokością mieszkania. Wtłaczają nienawiść pomiędzy mężem a żoną, między matkę a syna. Jazgot, kakofonia.

Niektórzy resetują serca, w nim już nie ma miejsca na patriotyzm.

 

Nie zapomnę,

kto z Putinem przybijał żółwiki w dzień mordu Prezydenta Polski.

Tego dnia słońce zaszło w kolorze fioletu.

 

Kwiecień 2010