Rocznica aresztowania „szesnastu”

RZECZ SMOLEŃSKA A ROCZNICA PORWANIA SZESNASTU PRZEZ SOWIETÓW

Autor – Jacek Korabita Kowalski

Warto przypomnieć: jest rocznica, 27 marca. To było w Pruszkowie dnia 27 marca AD 1945. Nadto dla mnie – to po części temat rodzinny: bo jednym z Szesnastu był mój dziadek, którego wspomnieniami się posłużę (źródło i postać objaśniam szerzej na końcu).
Ale w tytule dodałem: „rzecz smoleńska” dlatego, że kiedy przypominam sobie z pamięci lub czytam Dziadkowe wspomnienia, uderza mnie wciąż znaczące zestawienie wydarzeń obecnych z tamtymi. Biją po oczach: polska (niezawiniona) słabość, połączona niekiedy z polską (zawinioną lub nie) naiwnością; zderza się z nimi ruska bezwzględność, przejawiająca się wciąż w podobnych zachowaniach. Które interpretujemy jako rosyjską dobra wolę, rosyjski styl uprawiania polityki, który należy zaakceptować, etc.
A poza tym… tu samolot – i tam samolot. Tu katastrofa – i tam katastrofa. Tu dyplomatyczna polska naiwność działająca w imię „ocieplenia”, „resetu” i „współpracy”… i tam. Bo przecie Szesnastu poszło do Sowietów – na ich sowieckie zaproszenie – po to właśnie, żeby nastąpił „reset” w stosunkach polsko-sowieckich. Ocieplenie, pojednanie i współpraca. Niby to dalekie analogie, a jednak – porażające.
I jeszcze oświadczenie. Wspominając szesnastu – wspominamy ludzi niezwykłych, wielkich. Owszem. Ale też bardzo różnych i bardzo polskich w każdym tego słowa znaczeniu, o czym za chwilę. Ci ludzie swoje bohaterstwo objawili już wcześniej, przed 1945 rokiem. W skład Szesnastu nie wchodzili z potrzeby chwały ani nie z nieostrożności, ani z bohaterskiego nastroju – ale z konieczności politycznego wyboru, z powinności obywatelskiej, które miały zapoczątkować powojenną „normalność”.

Punkt pierwszy: uwierzyć w ruską dobrą wolę
Jak wiadomo, aresztowanie Szesnastu nie zostało nikomu ogłoszone. Oni po prostu na długo znikli, zaś alianci przyjęli tłumaczenia rosyjskie „za dobrą monetę”. Ale to znikanie miało swoje etapy. Wpierw odbywało się w perspektywie dostrzegalnej przez polska „dwójkę” czyli podziemny wywiad. Wszak wpierw znikło trzech „głównych” – generał Okulicki i Delegat Rządu Jankowski oraz Pużak. Ci poszli na rozmowy pierwsi. Na drugi dzień dopiero reszta Szesnastki – przedstawiciele polskiego, podziemnego parlamentu, czyli Rady Jedności Narodowej – mieli do rozmów dołączyć.
I teraz będę się już posługiwał Dziadkowymi wspomnieniami. Dziadek pisze:

W nocy poprzedzającej nasze pójście na konferencję miałem różne niespokojne sny. Nie pamiętam szczegółów, ale śniło mi się coś w rodzaju białych niedźwiedzi. W ówczesnym żargonie „białe niedźwiedzie” oznaczało wyjazd na Sybir.
I poszedł na spotkanie delegatów – na pruszkowski dworzec kolejki dojazdowej. Tam, kiedy już wszyscy się rozpoznali (nie było to oczywiste, część osób się nie znała – obrady RJN były tajne, chyba nigdy w całości się nie zbierali) –

Okazało, się że nie zjawili się: Okulicki, Pużak i delegat rządu Jankowski. Już poprzednio Czarnowski[partyjny kolega Dziadka, też jeden z szesnastu – (przyp JK) informował mnie o pogłoskach, jakoby ci trzej wybitni reprezentanci naszego obozu, którzy – jak to już wspomniałem – mieli odbyć wstępną rozmowę z czynnikami sowieckimi, przygotowawczą – gdzieś się zawieruszyli i nie wrócili do swych siedzib. Przypuszczano wówczas, że rozmowy się przedłużyły i kto wie, gdzie teraz przebywają. Odrzucano sugestię, że zostali zatrzymani. W ten sposób władze sowieckie ujawniłyby swoje złe zamiary wobec nas wszystkich i wówczas nie miałoby sensu pójść na zwołaną konferencję. Poszlibyśmy dobrowolnie w paszczę lwa.

Proszę łaskawie zwrócić uwagę na sposób myślenia. Czy Rosjanie rzeczywiście mają złe intencje? Są otwarci, niczego nie ukrywają… A jeśli coś jest nie tak, to nie może być niczym podejrzanym, bo „w ten sposób władze sowieckie ujawniłyby swoje złe zamiary”. Jakbym słyszał wypowiedzi pana E. K. et consortes na temat smoleńskiej sprawy albo Orwellowski dowcip o tych tucznych świniach, które tezę o ubojnym celu ich tuczenia – uznają za teorię spiskową. Ale idźmy dalej.

Kiedy rozmawiałem z jednym z ludowców podszedł do nas ktoś, kto ujawnił się jako pracownik komórki wywiadu (nie pamiętam, AK czy Delegatury). Przyznał, że do jego obowiązków służbowych należało czuwanie nad bezpieczeństwem Jankowskiego (a może Okulickiego). Potwierdzał z całą pewnością, że Jankowski do dzisiaj rana do swego mieszkania nie wrócił. Nie zastał go również w innych lokalach. Wie, że także pozostałe osoby z tej trójki jeszcze nie wróciły […]. Jest przekonany, że wszyscy trzej zostali przymusowo przytrzymani i kto wie, czy nie wywiezieni w inne miejsce. Przestrzegał przed pójściem do wyznaczonego przez nas lokalu. Na podstawie różnych pogłosek przypuszcza, że władze sowieckie zmierzają do ujęcia całego głównego, naczelnego kierownictwa podziemnego, wojskowego i cywilnego. Jest rzeczą zrozumiałą, że takie czy inne pogłoski zaczęliśmy między sobą odpowiednio komentować.

Tajne polskie służby zafunkcjonowały poprawnie. I co z tego? Delegaci zaczęli dyskutować, bo decyzja należała do nich. Generalnie wszyscy byli już świadomi zwiększonego niebezpieczeństwa, ale mimo to w większości uważali, że cofnąć się już nie można:
Pójść, czy rozejść się i wrócić do domu, odczekać na powrót nieobecnej trójki? Obawiano się, że jeżeli nie pójdziemy, będą nas poszukiwać, wyłapią i pozamykają. Żadnej pewności co do losu „trójki” nie mamy. Nie idąc, narażamy ich właśnie ich na represje. Osobiście byłem zdania, że należy umknąć. Jednak coraz bardziej przeważała opinia, że skoro nas zaproszono, to nie można nie pójść. Nasi reprezentanci wyrazili przecież przedstawicielom władz sowieckich gotowość udziału we wspólnych rozmowach. Nie możemy się cofać. Nie można tej naszej „trójki” zdezawuować. I poszliśmy całą gromadą (12 osób). Zapanował poważny, ale minorowy nastrój. Chociaż ten czy ów pozwolił sobie na jakiś kawał, czy żart, zapanowała determinacja, jakby przygnębienie.

Punkt drugi: uwierzyć w ruski protokół dyplomatyczny
Następuje kolejny punkt programu – dojście do willi NKWD w Pruszkowie. Uwaga: nikt nikogo nie aresztuje. Idą sami. A kto ich wita? Otóż…
…w pewnym momencie zauważyliśmy, że jednak ktoś z domku wyszedł, zaczął machać rękoma, a nawet z pośpiechem zbliżał się w naszym kierunku. Okazało się, gdy się z nami zrównał, że jest to […] sekretarz, czy też prowadzący sekretariat Delegata Rządu. Sądziłem w pierwszej chwili, że biegnie ku nam, by nas ostrzec i namawiać do powrotu. Nic podobnego. Wręcz przeciwnie, zarzucał nam, że się spóźniamy, że nas niecierpliwie oczekują.
My, Polacy, często czujemy się jakby nie w porządku wobec tej biednej, oczernianej Rosji… Wciąż ta nasza rusofilia i podejrzliwość! A zatem, kiedy Polacy stawiają sobie sami niewygodne pytania – nawet nie oczekują, że odpowiedzieli na te pytania Rosjanie – załatwiają sprawę między sobą:
…Na zapytania co do trójki: Jankowski, Okulicki i Pużak, dawał niejasne odpowiedzi. Wprowadził nas do holu domostwa, gdzieśmy dość długo oczekiwali, zanim się ktoś zjawił. […] Uspokajał nas, że niedługo właściwe osoby się zjawią, a nawet sam się wydalił, by dać o nas znać komu trzeba. Nie pamiętam jego wyjaśnień co do tej trójki, w każdym razie starał się usprawiedliwiać ich nieobecność i nas uspokoić…
W tej sprawie sekretarz Delegata mówił podobno o jakimś…
…protokole dyplomatycznym, w ramach którego wszystko się odbywa. Że toczą się rozmowy, które jeszcze się nie zakończyły, ale nic o nich nie mógł powiedzieć, bo nie brał w nich udziału. W każdym razie przyparty do muru nie mógł w sposób konkretny poinformować nas, czy i gdzie oni się teraz znajdują…
Być może wspomnienia mego Dziadka są w tym miejscu bardzo subiektywne, być może i krzywdzące, może przemówiła przezeń jakaś awersja do Sekretarza, oczywiście z punktu widzenia późniejszych wydarzeń, bo człowieka tego wcześniej wcale nie znał… ale tak czy inaczej wniosek jest jeden: Dziadek tak to zapamiętał. Szesnastu poszło w paszczę lwa niby wedle dyplomatycznego protokołu, którego nie było, ale który Sowieci im wmówili, tak dobrze wmówili, że nawet sekretarz Delegata weń uwierzył. I w związku z tym w imię dobra wspólnego starał się tuszować moskiewskie niezręczności – po to, iżby doszło do planowanych rozmów, żeby uratować cel spotkania. A Sowieci? Okazywali z początku jakby niedźwiedzią uległość i obojętność:
Powoli zaczęli zjawiać się przebywający w tym budynku oficerowie sowieccy. Byli bardzo zaspani i robili wrażenie jakby zaskoczonych naszym zjawieniem się. Nie wiedzieli po prostu, co z nami począć. Kazali nam się rozlokować i zaczęli roztelefonowywać się. Puszczono w obieg listę obecności. Starałem się napisać o sobie jak najmniej. Nie pamiętam nawet, czy podałem swoje prawdziwe nazwisko (miałem dwa konkretne nazwiska), czy nawet tylko pseudonim. Czas mijał, a my czekamy. Było już dobrze po południu, kiedy zaawizowano przybycie jakiejś osobistości wojskowej. Dobrze już teraz nie pamiętam, ale był to ktoś z jakąś wyższą szarżą wojskową, chyba w randze generała. Po jakimś krótkim ogólnym zapoznaniu się, „generał” zajął miejsce w oddzielnym pomieszczeniu i posługując się spisem obecnych przeprowadzał z każdym z nas oddzielne rozmowy. […] Nie dowiedzieliśmy się niczego konkretnego co do celu naszego spotkania, dalszych rozmów i w ogóle dalszego postępowania z nami. Po przesłuchaniu nas „generał” zabierał się do odejścia. Niektórzy koledzy, zwłaszcza znający język rosyjski, interpelowali go jeszcze na temat dalszego toku postępowania. Śpieszył się bardzo wyjaśniając, że musi się jeszcze porozumieć z pewnymi władzami. Tak zeszło nam do popołudnia.
W końcu jakaś decyzja została na wyższym (najwyższym?) szczeblu podjęta:

Raptem – mogła być gdzieś godzina 17.00 – zajeżdżają przed nasz budynek samochody wojskowe (osobowe). Siadamy i jedziemy. Nie wiadomo dokąd. Siadam razem z Czarnowskim. […] Okazuje się w końcu, że jedziemy do Włoch. Lądujemy w dość dużym piętrowym budynku niedaleko dworca kolejowego […] W pewnej chwili weszła do pokoju grupa wojskowych, sądząc z mundurów – oficerowie. Formalnie robiło to wrażenie, że zostali do nas skierowani, aby nam towarzyszyć. Nie ulegało jednak wątpliwości, że to tylko pozory, że faktycznie są to nasi dozorcy. Przesiedzieliśmy w ten sposób całą noc. […] Od czasu do czasu wpadał ktoś ze starszyzny i pocieszał, że to już niedługo.
Ta dyplomatyczna fikcja będzie utrzymywać się aż do końca podróży.
Wreszcie – mogła być godzina 7.00–8.00 rano – wpadł jakiś wyższy wojskowy, o ile pamiętam, ten sam, który nas przesłuchiwał, i poleciał nam się zbierać, przynaglając do pośpiechu. […] Wsiadaliśmy do oczekujących samochodów, które nas zawiozły na lotnisko. Wsiedliśmy wszyscy do jednego samolotu. […] Dodano nam do towarzystwa kapitana, który miał polecenie odstawić nas na przeznaczone miejsce. Oczywiście wszyscy zaczęli go indagować, szczególnie znający język rosyjski. Niby nastawiał się do nas przyjaźnie, z dobrotliwym, pogodnym wyrazem twarzy. Mówił: „Jedziemy do Moskwy, za dwie, trzy godziny będziecie na miejscu. Jedziecie na spotkanie z najwyższymi czynnikami, przypuszczalnie w każdym razie z ministrem spraw zagranicznych. Będą tam rozmowy na temat składu rządu polskiego” itp. Były to jednak chyba jego domysły, oczywiście przesadne. W jego interesie leżało, by nas wprowadzić w jak najlepszy nastrój, byśmy nie stwarzali mu żadnych kłopotów.

Punkt trzeci: ruska fikcja przekuwa się w polskie przekonanie
Fikcja fikcją – ale… nasi dyplomaci przyjęli ją – chcąc nie chcąc – jako jeden z całkiem możliwych wariantów:
Dobry nastrój brał jednak górę. Myśli i spostrzeżenia krytyczne wymieniałem tylko z niektórymi i raczej półszeptem. Czarnowski niezupełnie przyznawał mi racje. Uznawał siebie za znawcę metod rosyjskich czy sowieckich. „Taki jest ich styl działania politycznego; traktowanie nas jako niby aresztowanych jest początkiem pewnego procesu; tak zwane wszechwładne NKWD, czy NKGB musi nas mieć jakiś czas pod ręką, by między nami się rozejrzeć i nas bliżej poznać”.
Ale nawet sceptyk, jakim był mój Dziadek, nie sądził, że się stanie, co się stało:
Sceptycy, do których i ja należałem, byli już bardzo nieliczni. Oczywiście na myśl mi nie przychodziło, że staniemy przed sądem jako oskarżeni. Miałem jednak przeczucie, że to wszystko zakończy się czymś dla nas i naszej sprawy nieprzyjemnym, czy niekorzystnym. Sądziłem, że będziemy internowani, że będzie się na nas wymuszało jakieś deklaracje, oświadczenia, czy nawet zobowiązania natury politycznej z dużym ukłonem w stosunku do Rosji.
No i wiecie Państwo Szanowni, czym się „Szesnastu” zajęło w momencie, gdy lecieli ku Łubiance wojskowym, sowieckim samolotem? No, zgadnijcie! Otóż ustalali między sobą, kto osobiście, względnie czyja partia jakie ministerstwo weźmie w razie czego. Dalsze wspomnienia Dziadka o tym właśnie mówią. Do dziadka przysiadł się jeden z kolegów – znany, przedwojenny działacz – i:
…po wymianie zdań o naszej wspólnej sytuacji sprowadził rozmowę na temat przyszłego Rządu. Sondował, czy i jakie szanse w tym rządzie mają przedstawiciele Stronnictwa. […] Dawałem mu do zrozumienia, że ze względu na liczebność grupa ta może mieć trudności. […] W kilku słowach zaprezentował mi swoją grupę i odpowiednio uzasadnił, że właśnie ktoś z niej […] powinien wejść w skład przyszłego Rządu. Deklarował wobec nas wzajemne poparcie. Scharakteryzował swoją grupę, jako najbardziej demokratyczną i postępową w łonie Stronnictwa. […] Rozważaliśmy także, jakie ministerstwa nam by najlepiej odpowiadały. Wyraziłem przekonanie, że w pierwszym powojennym rządzie trzeba będzie utworzyć szereg nowych ministerstw związanych z likwidacją skutków wojny. […] Wszystkie te przyszłościowe rozważania i spekulacje nie powstały nagle w czasie tej niespodziewanej wycieczki samolotowej. Były to sprawy poruszane […] już od pewnego czasu. Tutaj ustaliliśmy nasze już bardziej skonkretyzowane propozycje na wypadek, gdyby rzeczywiście doszło „gdzieś” do rozmów i pertraktacji co do składu przyszłego Rządu Polskiego, oczywiście tym razem rządu wspólnego, to znaczy obejmującego zarówno tak zwany „Obóz Londyński” jak Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN) […]
Wiem, że w chwili, w której piszę te słowa, opisana sytuacja wydaje się zwykłą aberracją… Ale nic z tego. Nie było w tym zachowaniu „Szesnastki” ani głupoty, ani zbrodni, ani zaprzaństwa – była real polityka. Wprawdzie nierealna, bo panowie na chwilę założyli, iż sowieci mogą zaakceptować ministrów nie namaszczonych przez Stalina. Że mogą zaakceptować jakikolwiek kompromis.

Tym niemniej… na tym tle przypominają mi się nasi obecni panujący i rządzący politycy. JAK wygląda ich zaufanie do Rosji? JAK wyglądają polsko-rosyjskie rozmowy? Tak naprawdę? Jakie okoliczności tym rozmowom towarzyszą? Jakież banalne zapytania. Ale też jakie banalne analogie.

Punkt czwarty: Niedoszły Zamach Smoleński nr 1.

Swoją zaś drogą, Stalin był chyba całkowicie zaskoczony, że po zatrzymaniu pierwszych trzech przywódców – to znaczy generała Okulickiego z Jankowskim i Pużakiem – reszta się następnego dnia mimo wszystko stawiła na spotkanie. Chyba nie spodziewał się aż takiego zaufania.
Dlatego zdaje się, że z początku nie wiedział, co zrobić z szesnastoma; a potem – że może chciał ich „zniknąć”. Samolot nie został przyjęty przez Moskwę „z powodu mgły” i lądował przymusowo, na dziko, z braku paliwa. Ale mimo tego szczęśliwego lądowania los Szesnastu pewnie nadal wisiał na włosku. Sądzę, że nadal Stalin nie podjął wiążących decyzji – i że ruscy rozpatrywali różne scenariusze. Wszak o przewiezieniu szesnastu do Moskwy świat nadal nie dowiedział się. Na zapytania o ich los Mołotow odpowiadał, że o żadnych Szesnastu nic nie wie, nie stawili się, nie rozmawiali. I jakoś nikt na świecie się nie buntował. Tym bardziej można było jeszcze ogłaszać różne wersje. Więc dopiero w dniu ustanowienia ONZ-u – dokładnie podczas tej uroczystości i politycznego zjazdu – nagle sowieci ogłosili: „mamy Szesnastu”. I dodali, że będą ich sądzić, i za co. I natychmiast nastąpił publiczny proces moskiewski.

A przecież, gdyby się Szesnastu na rozmowy z sowietami nie stawiło, albo uciekło w pół drogi (za czym podobno obstawał usilnie mój Dziadek – nie wiem, czy słusznie), Sowieci zapewne rozgłosiliby, że polski podziemny parlament oszukał dobrego Stalina i zerwał negocjacje, „obnażając swoje oblicze”, czyli „oszukując” stronę sowiecką, która zyskałaby automatycznie moralne prawo do… tego wszystkiego, co już i tak właśnie robiła. A ponadto wiadomo, że z sowietami nic nigdy nie wiadomo. Więc każda w gruncie rzeczy ewentualność była możliwa; i trudno dziwić się okrzykowi jednego z Szesnastu do drugiego z Szesnastu, kiedy już podjeżdżali limuzynami pod samo więzienie na Łubiance: „Panie mecenasie, jaki piękny hotel!”

MOJE ŹRÓDŁO
Sprawa Szesnastu to temat dla mnie po części osobisty. Bo pisząc o Szesnastu zazwyczaj nie zgłębiam źródeł i opracowań (co czynić powinienem, niezależnie), tylko wspominam wspomnienia. Konkretnie – wspomnienia mego Dziadka, Stanisława Michałowskiego który, jak się rzekło i napisało, pośród Szesnastu był. Dlatego od lat szczenięcych temat Szesnastu pojawiał się w skierowanych ku wnukowi w krótkich majteczkach – czyli ku mnie – gawędach, bajkach, pół śmiesznych, pół poważnych, które dopiero po upływie dłuuugiego, naprawdę dłuuuuuuugiego czasu zakonotowałem jako naprawdę niezwykle istotne w skali znacznie większej niż skala pokoiku w małomiasteczkowym pod poznańskim domku z ogródkiem; i dopiero wtedy począłem je zdecydowanie odróżniać od opowiadań o Krasnoludkach, które z ust Dziadka chłonąłem.
Dziadek był się wówczas dawno już wycofał z publicznego żywota: wyszedłszy z więzienia (polskiego, bo w rusim był tylko kilka miesięcy – należał do „uniewinnionych”), popracowawszy w miejskim przedsiębiorstwie lat parę, przeszedłszy na emeryturę – zdecydował, że opuści Poznań na rzecz domku swego ojca i zamieszkawszy w nim na stałe uprawiał trzy hektary dziedzicznego pola; jeśli udzielał się – to jako prawnik na wsi, wśród rolników. Co czynił intensywnie. Dopiero w latach Solidarności na nowo zaczął działać, zakładał Solidarność rolników. Pozostawił niekompletne pamiętniki i szereg krótszych wspomnień, częściowo publikowanych.
26 marca 2011 r.