Wóz transmisyjny marki Chevrolet, https://pl.wikipedia.org/wiki/Polskie_Radio

Liceum Polskiego Radia

Rok 1949 wspomina Pan Edward Besiński.

W roku 1945, żeby zdobyć 45 zł na egzamin wstępny do Gimnazjum i Liceum im. Tomasza Zana w Pruszkowie, zwędziłem 10 papierowych worków z Fabryki Fajansowej, później zwanej Porcelitem, zajmowanej w 1945 roku przez Rosjan, przed tym „gościli” w tej fabryce Niemcy. Worki te były kilkuwarstwowe z których dwie warstwy były impregnowane pakiem. Służyły one w niemieckiej armii do chowania zabitych żołnierzy. Miały one wzięcie (po 5 zł/sztuka) na targu, który graniczył z naszą posesją od strony ulicy Chemicznej (obecnie Niepodległości. Na targu zastępowały papier do zawijania warzyw. Władze PRL robiły wszystko, aby zastąpić powstanie w getcie warszawskim z 19 kwietnia w 1943 roku i ukryć w ten sposób niedawne Powstanie Warszawskie z 1944 roku. Trąbiono wszem i wobec o powstaniu w getcie warszawskim w którym zginęło 14 Niemców, kilkunastu Białorusinów, kilku Łotyszy i Szaulisów, czyli Litwinów. Wszyscy oni byli w służbie Niemców w czasie II wojny światowej. Dobre i to, że Żydzi wzięli jakiś symboliczny odwet za zbrodnie niemieckie na ich narodzie. Front między Armią Czerwoną i Wehrmachtem Adolfa Hitlera był wtedy daleko w Rosji. Piszę o tym dlatego, że Niemcy nie spieszyli się ze stłumieniem t.zw. powstania żydowskiego w Warszawie, czyli w getcie i przyjęli inną taktykę w walce z Żydami. Zaczęli palić dom za domem, co zmuszało Żydów do poddawania się i wywożenia ich do obozów m/in. i do Auschwitz.
Minister Obrony Stanów Zjednoczonych Enoch Powell (16 czerwca 1912 – 8 lutego 1998) będąc w Warszawie w latach 90. ubiegłego wieku obwieścił nam na spotkaniu z nim, że było powstanie w Warszawie, ale w getcie warszawskim. Znał się na historii jak mało kto. Otrzymał porcję gwizdów. Piszę o tym, ponieważ byłem wtedy obecny na tym spotkaniu. Padały, o ile pamiętam, jego słowa zachęty do wstąpienia Polski do NATO. Dość dygresji.
Worki zwędziłem z biedy i chęci do nauki. Mama, bez zawodu, bo ”była przy mężu” (tak się wtedy nazywało kobiety niepracujące zawodowo), czasem handlowała na targu włoszczyzną, później przez okienko wybite w ścianie kuchni naszego domu, sprzedawała herbatę uczestnikom targowiska, żeby zarobić parę złotych. Po śmierci ojca w 1944 roku, na utrzymaniu miała chorą na gruźlicę siostrę Stefanię(zmarła w 1946 r.) i mnie. Zaznaliśmy biedy po uszy.
W roku 1949 ukończyłem czteroletnie gimnazjum (t.zw. mała matura), czyli w wyniku reformy szkolnej, 9 klasę. Edukacja wyglądała po reformie tak: 8 klas szkoła podstawowa i 3 klasy liceum.
Formalnie miałem świadectwo ukończenia 9 klasy, co upoważniało każdego do wstępu do liceum starego typu. Władze forsowały jedenastolatkę. Nie poszedłem jednak do 10 klasy, ponieważ od małego miałem chęć zostania radiotechnikiem. Dowiedziałem się, że w Warszawie przy ul. Hożej 88 jest Liceum Polskiego Radia, ale są bardzo wysokie wymagania, szczególnie z matematyki i fizyki. Akurat z tych przedmiotów miałem oceny dobre na świadectwie 9 klasy, czyli dawnej t.zw, ”małej matury”. W sierpniu 1949 roku był konkursowy egzamin wstępny, wiec kułem matmę i fizykę aż do egzaminu.

W sekretariacie szkoły dowiedziałem się, że jest już chętnych około 360, a będzie przyjętych 35-38 . Wreszcie przystąpiłem do tego egzaminu i czekałem na jego wynik. Tydzień po egzaminie ma był ogłoszona lista przyjętych uczniów. Jadę więc do Warszawy, ale z przeświadczeniem, że mnie nie będzie na tej liście. Patrzę, na drzwiach sekretariatu wisi lista. Czytam – pierwszy jest Andrzej Basiński, jak się później okazało też z Pruszkowa, a moje nazwisko tuż za nim. Dobra nasza. Cieszę się bardzo. Jest to liceum dla dorosłych. Zajęcia zaczynają się o 15.30 a kończą o 21 z minutami. Wolnych sobót wtedy nie było. Koledzy, to w większości pracownicy Polskiego Radia, starsi ode mnie o 5 i więcej lat. Ja miałem 18, Andrzej miał więcej i był już pracownikiem PR. Szkoła jest płatna. Otrzymałem książeczkę opłat czesnego. Czesne płatne w sekretariacie. Kadra nauczycielska, to inżynierowie chyba dwóch chodzi w bluzach Armii Andersa i magistrowie. Polskiego uczy pan, nazwiska nie pamiętam, który wrócił z Anglii wraz z żoną Angielką, nauczycielką angielskiego, sam prawdopodobnie oficer. Przyjemni, inteligentni ludzie. Jeden chorąży z W.P. uczący przedmiotu Przysposobienie Wojskowe (PW), bo wtedy było jeszcze Wojsko Polskie. Niedługo później już było Ludowe Wojsko Polskie. Dyrektorem był pan inżynier Korb w wieku 55-60 lat. Imienia nie zapamiętałem, bo piszę te wspomnienia w roku 2016. Jestem średniaczkiem.

Magnetofony wykorzystywane w PR od 1949

Pierwszy okres (wtedy były cztery okresy w roku – obecnie zwane semestrami, jak na wyższych uczelniach). Oby gorzej nie było. Wymagania duże. Jest grudzień 1949-styczeń 1950 r. Lekcja z Przysposobienia Wojskowego. Prowadzi ją pan chorąży Janicki, Janecki, czy Janowski. Dokładnego nazwiska nie pamiętam. Temat Powstanie Warszawskie. Tenże chorąży (gwiazdka z wężykiem wzdłuż naramiennika) nie był oficerem, także nie był podoficerem, ale wszyscy w klasie nazywaliśmy go porucznikiem niech się niezasłużenie cieszy. My go za darmo awansowaliśmy. Pan porucznik zaczął nam opowiadać bajki o PW: Wywołali je wrogowie Polski, będący na usługach rządu londyńskiego a Związek Radziecki pomagał, jak mógł powstańcom, dokonując wiele zrzutów z bronią. (Ja, pamiętając ogromną ,,armadę” z 18 września 1944 roku. Wcześniejsze zrzuty aliantów, w tym Polaków, były mniej liczne). Te, z 18 września liczyły 104 samoloty, w tym pewną liczę mustangów (myśliwce) dla ochrony ciężkich 4 motorowych bombowców w biały dzień przed południem nadleciały nad stolicę dokonując zrzutów z bronią i żywnością. Byłem tam z Andrzejem Gmochem, starszym bratem Jacka Gmocha w pobliżu skrzyżowania torów EKD Warszawa – Milanówek – Grodzisk z torami przecinającymi się na jednym poziomie z koleją PKP w kierunku Radomia i Krakowa. Niemcy chroniący tego skrzyżowania, na widok tylu samolotów, schowali się do pobliskiego bunkra. Część bombowców „uciszała” niemieckie „Flak’i”, czyli stanowiska oplot – niemiecka obrona przeciwlotnicza biła w te samoloty. Widzieliśmy, że jeden został zestrzelony koło Dworca Zachodniego.
Następnego dnia poszliśmy z Andrzejem i widzieliśmy przy szczątkach wraku maleńką polską flagę. Zginęło 7 polskich lotników. Była to czteromotorowa forteca B-17). Wracam do lekcji. Nie wytrzymałem tych bzdur chorążego i opowiedziałem swój epizod, dodając że wcześniej podobnych lotów było więcej. Pan porucznik wysłuchał moich wypowiedzi i poprosił o nazwisko. Naturalnie podałem. Inni koledzy przyjmowali mowę porucznika raczej za prawdziwą albo udawali ją za prawdziwą, czyli asekurowali się. Po mniej, więcej, dwóch tygodniach, wezwał mnie przez sekretarkę pan dyrektor Korb. Gdy przyszedłem do sekretariatu, sekretarka powiedziała – proszę niech pan wejdzie, pan dyrektor czeka. Wszedłem, usiadłem przy biurku dyrektora. Proszę pana, na wniosek pana chorążego ma się zebrać rada pedagogiczna. Wiem, że jest pan dobrym uczniem i jest pan młody. Ma pan do wyboru dwie propozycje, jedna to zrezygnowanie ze szkoły, druga pozostanie w niej, ale niedługo zostanie pan usunięty z wilczym biletem. Radzę wybrać tą pierwszą propozycję. Było to w grudniu 1949 roku, lub w styczniu 1950. Wybrałem za radą dyrektora Korba, pierwszą propozycję.

Edward Besiński