“Dziewięciu z Pruszkowa” – Jerzy Nierojewski

Autor – Henryk Krzyczkowski.

Jerzy Nierojewski Kapitan Żeglugi Wielkiej.

Z Jerzym Nierojewskim zaprzyjaźniliśmy się dość późno, w wieku dojrzałym, a nasze pierwsze i najważniejsze spotkanie nastąpiło w wyniku wielu nieprzewidzianych wydarzeń w moim życiu. Chociaż obaj urodziliśmy się jeszcze przed pierwszą wojną światową na terenie miasta Pruszkowa, – to rozdzielały nas nie tylko rzeka Utrata oraz tory kolejowe i parafie ale także to, co na pewno było najważniejsze: trzyletnia różnica wieku, powodująca przebywanie w różnych grupach wiekowych tego samego środowiska młodzieżowego. Gdy ja w roku 1925 wstępowałem do 1 Pruszkowskiej Drużyny Harcerskiej, pod opiekuńcze skrzydła druha Aleksandra Kamińskiego „Kamyka”, to czternastolatek – Jurek Nierojewski – wstępował do Sokolej młodzieży w pruszkowskim Gnieździe „Sokoła”.

A kiedy ja w latach trzydziestych wstępowałem do „Sokoła”, on był uczniem Państwowej Szkoły Morskiej w Tczewie, a później w Gdyni. Dlatego poznaliśmy się i zaprzyjaźnili dopiero w wiele lat później, po drugiej wojnie światowej. Droga, którą musiałem przebyć, aby z Pruszkowa dotrzeć do Sopotu, do miejsca zamieszkania Jerzego Nierojewskiego, była bardzo długa: wiodła przez Casablankę oraz Aleksandrię. Bo przecież tak się dziwnie złożyło, że bez Casablanki nie byłoby Aleksandrii, a bez Aleksandrii nie byłoby moich wizyt w Sopocie, w gościnnym domu państwa Nierojewskich.

„Zespół bolesnego barku” spowodował znalezienie miejsca na statku płynącym do Aleksandrii na sześciotygodniową wyprawę. Bez wahania wyraziłem zgodę. Rozpocząłem starania o wydanie paszportu. Opłaciłem należność za bilet, gdy dowiedziałem się szczegółów o mojej wyprawie. Miałem ponownie płynąć na ms. „Orłowo”. Do Aleksandrii będę miał w kajucie sąsiada – kilkunastoletniego chłopca. W drodze powrotnej będę w kajucie sam. Chłopiec odleci z matką i z bratem do Abisynii. Już pierwszego dnia mego pobytu na statku zwróciłem uwagę na tablicę ogłoszeniową, umieszczoną w naszej jadalni. Algier – bazylika Notre Danie d’afrique wzniesiona w 1872 r. Była na niej lista z nazwiskami i funkcjami załogi. Dwa nazwiska były dla mnie znajome. Kapitan – Jerzy Nierojewski oraz pierwszy mechanik – Skrzypiński. Kapitana obserwowałem z daleka, gdy stał na mostku kapitańskim. W Kanale la Manche często trzymał lornetkę przy oczach. W naszej jadalni nie zjawiał się. Przez pierwsze dni nie zjawiał się także pierwszy mechanik, bo były podobno jakieś kłopoty z pomocniczym silnikiem. Gdy zjawił się wreszcie w jadalni, przysiadł się do mnie, przedstawiając się: Skrzypiński. Zapytałem, czy nie jest kuzynem Skrzypińskich mieszkających w Pruszkowie. Twarz jego rozjaśniła się. Uśmiechając się powiedział: – Tak! to moi krewni. Teraz już nie mieszkają w Pruszkowie. Władek mieszka razem ze mną, w Grodzisku! I tak oto od razu zostaliśmy dobrymi znajomymi. Ta znajomość bardzo mi się przydała podczas podróży.

Mechanik opowiadał mi o naszym kapitanie, wychwalając jego postępowanie. Dowiedziałem się wtedy, że kapitan jest wielkim służbistą, że w oznaczonych godzinach jest zawsze na mostku, a w Kanale la Manche, podczas mgły nie opuszcza swego stanowiska. Dowiedziałem się także o bohaterskim zachowaniu kapitana w latach wojny. W opinii marynarzy jest jednym z najlepszych, niezawodnych kapitanów. – Z nim zawsze pływa się bezpiecznie! – mówią jego podwładni.

W czasie obiadu niespodziewanie zjawił się w naszej jadalni – w mesie oficerskiej – sam kapitan. Przywitał się tylko ze mną. Podając rękę przedstawił się: – Nierojewski jestem. Patrząc z bliska na jego twarz, przypomniałem sobie jego wygląd w dawnych, szkolnych latach. Przecież na pewno jeździliśmy razem do warszawskich szkół miejscowym pociągiem siódma sześć, w uczniowskim wagonie. – Zapraszam pana na wspólną kolację w mieście. Pożegnamy pasażerkę, która jutro rano odjeżdża do Kairu. O siódmej przyjedzie po nas taksówka, albo samochód agenta PLO. Zgodziłem się bardzo chętnie. Kierowca zawiózł nas do wytwornej restauracji w MENA HOUSE HOTEL. Kilkadziesiąt stolików w dużej sali. Białe ściany ozdabiają arabeski złotego koloru. Przy ścianach wysokie palmy stoją w drewnianych donicach. U sufitu wirują wentylatory. Agent zarezerwował dla nas trzyosobowy stolik. Kapitan w wyjściowym mundurze, pani w wieczorowej sukni i ja – skromnie ubrany. Stół nakryty białym obrusem. Za każdym naszym fotelem stoi młody Arab, w długiej szacie, z jakimś tureckim nakryciem głowy. Ręce mają skrzyżowane na piersi. Podsuwają nam fotele. Dla pani, przydzielony jej Arab przynosi stolik do złożenia na nim torebki. Podczas całego dość długiego obiadu rozmawialiśmy o Pruszkowie. Pani jest psychologiem. Pracuje w Szpitalu w Tworkach. Otrzymała roczny urlop. Po roku wróci z mężem i dziećmi do kraju. Rozmawiamy o Pruszkowie, o tym dawnym i tym obecnym. Żegnając się z panią psycholog, życzyłem jej szczęśliwego powrotu do Polski.

Dwa przedpołudnia spędziłem w mieście z kapitanem Nierojewskim. Jednego dnia odwiedziliśmy Muzeum Archeologiczne, gdzie mogłem już pełnić rolę przewodnika. Kapitan zapłacił pięć dolarów strażnikowi figurek z Tanagry i po obejrzeniu znacznie większej ich ilości, niż pokazano mnie, wyraził mi swoje zadowolenie. Po kilku latach otrzymałem od niego pocztówkę z Aleksandrii. Była z nim żona. Ucieszyłem się, gdy przeczytałem: „Zwiedzaliśmy Muzeum. Ira była zachwycona figurkami z Tanagry.” Drugie przedpołudnie z kapitanem spędziłem w wielkiej hurtowni oraz palarni kawy. Był to trzypiętrowy, narożny budynek. Od strony każdej z ulic było pięć lokali sklepowych. Przy wejściu mieściła się kawiarnia.

Podczas kolacji steward nachyli! się do mojego ucha, szepcząc: – Kapitan prosi pana do swojej kajuty! Kajuta kapitana to były dwa pokoje, przylegające do mostku kapitańskiego. Gdy rozsiadłem się w wygodnym fotelu, kapitan wyjął z lodówki butelkę Gordon’s Gin i dwie buteleczki toniku. Rozmawialiśmy o dawnym Pruszkowie. Od tego dnia moje wizyty u kapitana stały się regułą. Wieczory na Morzu Śródziemnym, spędzone w kapitańskiej kajucie poświęciłem na spisywaniu kapitańskich wspomnień. Wydaje mi się, że marynarze najciekawiej opowiadają swoje życiorysy. Zresztą mają o czym mówić.

Kapitan Żeglugi Wielkiej Jerzy Nierojewski urodził się w Pruszkowie, w domu rodziców, przy ul. Mickiewicza 4, 24 lipca 1911 roku. Naukę rozpoczyna w Szkole Powszechnej im. Żółkiewskiego (dawniej t.zw. Ewangelickiej). Dalszą naukę pobiera w warszawskim Gimnazjum Kulwiecia. Po ukończeniu sześciu klas wstępuje do Państwowej Szkoły Morskiej w Tczewie. W latach późniejszych Szkołę przeniesiono do Gdyni. Po ukończeniu Wydziału Nawigacyjnego odbywa służbę wojskową w Batalionie Morskim W.P. Następnie zostaje młodszym oficerem na statkach handlowych. W roku 1935 poślubia pruszkowiankę Irenę Sztykównę, którą poznał w latach gimnazjalnych, kiedy oboje jeździli pociągiem do gimnazjów w Warszawie. Ślub odbył się w Pruszkowie, w kościele pod wezwaniem św. Kazimierza. Po ślubie zamieszkali w Gdyni. W sierpniu 1939 roku był już starszym oficerem na ms Oksywie. Przeczuwając zbliżającą się wojnę odwozi rodzinę do Pruszkowa. Żona wraz z dziećmi: synem i córką zamieszkała u rodziców, w domu nr 22, przy ul. Klonowej (obecnie Daszyńskiego).

W dniu 7 stycznia 1942 roku J. Nierojewski zostaje zaokrętowany, jako starszy oficer na ms. Lechistan, statek o pojemności 1.907 BRT. Załogę stanowiło 26 marynarzy – Polaków. Na tym statku odbywa osiem rejsów między Ameryką i Wyspami Brytyjskimi wioząc w konwojach uzbrojenie dla wojsk sprzymierzonych. Podczas tych rejsów konwoje były wielokrotnie atakowane przez niemieckie łodzie podwodne i samoloty, co było tematem wielu książek i scenariuszy filmowych. Na początku kwietnia 1944 roku Jerzy Nierojewski zostaje mianowany Kapitanem Żeglugi Wielkiej, staje się pierwszym po Bogu na ms. Chorzów. (Kupiony przez woj. śląskie za 15 tys. funtów szterlingów parowiec „Chorzów” przyniósł nam dumę. Dzięki niemu ocalały arrasy, Szczerbiec i inne bezcenne polskie pamiątki.) Po odbyciu kilku rejsów do portów na wybrzeżu Anglii zostaje podporządkowany Brytyjskiej Marynarce Wojennej Royal Navy. Dostaje na ramię naszywkę Poland, pas wojskowy i pistolet z nabojami i kaburą. Popłynął na południowe wybrzeże wyspy Wight. Skupiono tu 32 statki różnych bander, którymi będzie dowodził Jerzy Nierojewski… Otrzymuje kolorową opaskę na przedramię – oznakę pełnienia tej funkcji. Na statki ładowano uzbrojenie potrzebne dla wojsk inwazyjnych. Byty to czołgi, samochody terenowe, amunicja, działa a także całkowite wyposażenie szpitala polowego, warsztaty naprawy pojazdów mechanicznych, maszyny do budowy szos i wszystko, co może być przydatne dla wojsk mających lądować na wybrzeżu francuskim. Od rana 4 czerwca 1944 roku odbywała się w dużym budynku na wyspie Wight odprawa kapitanów statków. Przez cały dzień komandor z Royal Navy omawiał z kapitanami zadania, jakie ich czekają po rozpoczęciu inwazji. Mają zaopatrywać wojska inwazyjne na odcinku UTAH, ostatnim, licząc od lewej, odcinku inwazyjnym. Ustalono kolejność, w jakiej mają statki płynąć i zajmować miejsce na plażach wybrzeża francuskiego. Statki podczas przypływu będą płynęły jak najbliżej wybrzeża, a podczas odpływu rozpocznie się wyładunek. Statki będą unieruchamiane na piasku plaży. Najpierw będą wyładowywane pojazdy, na które załaduje się amunicję.
Z 32 dowodzonych przez niego statków na każdym z nich znalazło się kilkudziesięciu żołnierzy amerykańskich, którym wyznawana religia zabraniała posługiwania się bronią palną. Zostali oni zatrudnieni przy załadowywaniu i rozładowywaniu statków. Gdy po zakończeniu działań inwazyjnych żołnierze amerykańscy opuszczali pokład ms. Chorzów, podszedł do kapitana jeden z nich, przedstawił się i wręczył swoją wizytówkę, mówiąc, że chciałby po wojnie zatrudnić go na swoim jachcie. Na wizytówce poza adresami i numerami telefonów było nazwisko: George Morgan junior! Rodzina Morganów jest jedną z najbogatszych w USA. Kapitan podziękował i schował wizytówkę.

Zgodnie z rozkazem umieszczonym w zalakowanej kopercie, ms. Chorzów podnosi kotwicę 7 czerwca wieczorem. Płynie na zachód, w kierunku wyznaczonych w rozkazie miejsc wyładunku. Za nim wyrusza 31 statków w ustalonej rozkazami kolejności. 8 czerwca przed południem na plażach Normandii rozpoczyna się wyładunek uzbrojenia. Czas wyładunku jest wyznaczany przypływami i odpływami. Fale Oceanu Atlantyckiego odpływają na osiem godzin. Pierwsze są wyładowywane samochody, wozy transportowe, następnie działa i amunicja. Wyładunek jest dobrze zorganizowany. Najpierw układa się pomosty prowadzące od statku do wybrzeża. Jadą po nich czołgi, pojazdy opancerzone, wozy ciężarowe. Po ośmiu godzinach przypływ przerywa wyładunek. Przerwa trwa około ośmiu godzin, a kiedy znów fale cofają się, wyładunek jest kontynuowany. Gdy statek zostaje rozładowany, oczekuje się przypływu, aby dostać się na pełne morze. Jeśli podczas odpływu statek zaryje się głęboko w piasek plaży, w czasie przypływu wkraczają do akcji holowniki, które wyciągają statek na otwarte wody oceanu. Statki z grupy kapitana Nierojewskiego pływały do wyspy Wight po następny transport uzbrojenia, środków opatrunkowych i żywności.
Ms. Chorzów” oraz pozostałe 31 statków wykonały dziewięć rejsów wspomagających działania inwazyjne. Następnie statki te popłynęły do różnych stoczni dla przeprowadzenia remontów. J. Nierojewski zostaje mianowany kapitanem ss. Poznań”. Płynie do francuskiego portu Rouen z ładunkiem amerykańskiej żywności. Pod koniec stycznia zostaje kapitanem ss. Krosno”. Był to wysłużony parostatek. Odbywa na nim kilka rejsów do USA. O końcu wojny w Europie dowiaduje się na środku Atlantyku. W czasie kolejnego pobytu w USA otrzymuje list od Morgana z propozycją objęcia stanowiska kapitana na jego jachcie. Na Kubę, gdzie kotwiczył jacht, leci samolotem Morgana. Jacht jest wspaniałą, nowoczesną jednostką pływającą, mogącą zabrać w podróż nawet sto osób. Nasz rodak zostaje pracownikiem Morgana. Po kilku tygodniach wypływają w pierwszy rejs pod dowództwem Jerzego Nierojewskiego.

Irena Nierojewska pisze tymczasem rozpaczliwe listy. Życie w Polsce staje się coraz trudniejsze. Błaga męża, aby powrócił. Wówczas kapitan podejmuje decyzję: w dniu 30 kwietnia 1947 roku powraca do Kraju pierwszym rejsem Batorego z Ameryki do Gdyni. Polska czeka na takich ludzi. Już 5 maja 1947 roku zostaje kapitanem na pierwszym polskim tankowcu Karpaty. Rodzina zamieszkuje początkowo w Gdyni. Później przenoszą się do Sopotu. Po wielu latach Irena Nierojewska napisała do mnie: „… nadszedł najszczęśliwszy okres w naszym małżeństwie…” Kapitan przywozi z Zatoki Perskiej ropę. Równocześnie szkoli innych oficerów w dowodzeniu tankowcami. Rodzina powiększa się. Na świat przychodzą bliźnięta. Pani Irena prosi męża o pomoc w wychowywaniu dzieci. Kapitan zostaje doradcą Polskich Linii Oceanicznych oraz rzeczoznawcą przy zakupie statków. Dodatkowo pełni funkcję kierownika zespołu kapitanów PLO. W dniu 15 grudnia 1950 roku odlatuje do Pekinu. Jest delegatem Ministerstwa do spraw powstania Chińsko-Polskiego Towarzystwa Maklerów Okrętowych Czipolbroek, spółki, w której rząd polski ma 50% udziałów. Przedsiębiorstwo istnieje do dnia dzisiejszego, jest właścicielem kilkudziesięciu statków i przynosi każdego roku milionowe zyski.

W roku 1956 Ministerstwo Żeglugi zleca kapitanowi dowodzenie nad siedmioma statkami, które mają przewieźć różne towary do Chin i Wietnamu. W tym czasie Rząd USA zablokował dostawy do tych krajów, wobec tego wybrano drogę północno-arktyczną. Wiosną 1956 roku, z portu w Gdyni wypłynęło siedem statków załadowanych różnymi towarami. Był tam również sprzęt wojskowy: działa, amunicja i miny. Było tam całkowite wyposażenie dużego szpitala wojskowego z zapasem leków i środków opatrunkowych, były radiostacje, urządzenia nawigacyjne, samochody ciężarowe, rowery, nasiona, nawozy sztuczne i materiały włókiennicze. Dowództwo tego zespołu objął kapitan Nierojewski, płynący na ms. Łódź. W Murmańsku dołączyli do dwudziestu kilku statków radzieckich. Całością miał dowodzić radziecki admirał. Towarzyszyły im lodołamacze. Nie było jeszcze statków o napędzie atomowym. Wbrew radom Nierojewskiego admirał opóźniał wypłynięcie z Murmańska, twierdząc, że przełom czerwca i lipca jest właściwą porą. Nierojewski, mając duże doświadczenie z okresu wojny, domagał się wypłynięcia w początkach maja.

Znajomość z kapitanem, jak na wstępie wspomniałem, zawarłem w roku 1970, podczas rejsu do Aleksandrii. W następnym roku odwiedził mnie w Pruszkowie. Spacerowaliśmy po mieście, wspominając dawne czasy. Zjedliśmy u mnie kolację, a następnego dnia byliśmy na obiedzie w restauracji Hotelu Europejskiego. Na tym obiedzie była także pani Irena Nierojewska oraz moi synowie z żonami. Dwukrotnie odwiedzałem Kapitana w Sopocie. Kapitan był już na emeryturze. Jeden dzień spędziliśmy na łowieniu ryb w jakimś kaszubskim jeziorze. Do dzisiaj przechowuję kolorowe pocztówki, które przysyłał mi kapitan ze swych dalekich podróży. Kapitan odszedł na emeryturę w r Zmarł w roku 1985 i został pochowany na sopockim cmentarzu. Przez kilka lat pisywaliśmy do siebie listy z panią Ireną. Umarła pod koniec lat osiemdziesiątych.

Kapitan Żeglugi Wielkiej Jerzy Nierojewski był odznaczony: Medalem Morskim z Podwójnym Okuciem, Gwiazdą Bitwy o Atlantyk z wieńcem, Gwiazdą za Udział w Wojnie. Były to odznaczenia Imperium Brytyjskiego.

———————————————————————

HENRYK KRZYCZKOWSKI “DZIEWIĘCIU Z PRUSZKOWA”
Wydanie pierwsze. Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Henryka Sienkiewicza w Pruszkowie 2008

Copyright © 2008 by Henryk Krzyczkowski; Copyright © for Polish edition by Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Pruszkowie, 2008.

“Dziewięciu z Pruszkowa to zbiór opowieści o Przyjaciołach Autora. Niektórzy zginęli w czasie wojny, innych los rzucił w świat. Każdy z nich zostawił cząstkę swojego życia w Pruszkowie, choć większość była i jest bardzie znana poza rodzinnym miastem, nawet w najdalszych zakątkach globu. Książka pana Henryka nie tylko przybliży nam historię ich życia, ale także pomoże ocalić pamięć o wybitnych ludziach naszego miasta.” – Grzegorz Zygadło.