for. B.Jabłoński. Arktyczna kapliczka wykonana przez uczestników wyprawy w latach 1978 - 1981

Działalność w Oficynie Wydawniczej „Rytm” (1983-1989)

Część piąta wspomnień dr Bolesława Jabłońskiego.

Od wiosny 1983 r. Teoś (wtedy ps. „Rafał”) przekazał wszelkie sprawy z drukowaniem i kolportowaniem w „Rytmie” Marianowi Kotarskiemu (ps. „Tadeusz”), który wielokrotnie przyjeżdżał do Otrębus z „Alkiem” i „Rafałem”. „Tadeusz” wstawiając maszynę pojawił się z Tomkiem Kubalskim ps. „Wariat”. Tomek posiadał niesamowite zdolności techniczne – np. potrafił ustawić bardzo szybko obroty maszyny, ale pracowała ona tylko wtedy gdy naciskał on w wiadomym sobie miejscu palcem). Dla zabezpieczenia pracy drukarni zorganizowałem dodatkowe „czarne skrzynki” niezależnie od istniejącej już u Andrzeja Grabickiego: u p. Marii Dziewońskiej oraz u państwa Romanowskich (to miejsce dzięki pozyskaniu do pracy p. Jadwigi Stokowskiej). Pani Stokowska okazała się nieocenionym pracownikiem wykazującym ogromną inicjatywę: sama zbierała papier, kolportowała wydawnictwa i dostarczała cennych informacji defensywnych. Nieocenionym współpracownikiem okazał się też Eugeniusz Wojtysiak z Kań. Pracowaliśmy bowiem na starych maszynach, więc zdarzały się takie sytuacje, że występowały ubytki w zębach na kółkach trybów. Można było przyjść do niego w środku nocy i zawsze udzielał pomocy (był on więc jedną z niewielu osób wtajemniczonych, które pracowały w drukarni = pralni). Od momentu kiedy „Tadeusz” załatwił matryce „Tygodnika Mazowsze” (mieliśmy chyba nr 12?) zaczęła się uciążliwa i regularna praca. W piątki Barbara Hrebenda (koleżanka żony z Instytutu im. Nenckiego na Pasteura 3) otrzymywała matryce ok. godz. 17, które odbierał „Wariat”. Barbara telefonowała do żony i prowadziła rozmowę na temat ogrodu, co oznaczało, że matryce są odebrane. Aby uniknąć podejrzenia, że takie rozmowy mogą stanowić szyfr (zwłaszcza w zimie, kiedy w ogrodzie się nie pracuje), obie panie rozmawiały też przez telefon na inne tematy w pozostałe dni tygodnia. Wobec konieczności oszczędzania papieru wydrukowane strony wędrowały z pralni-drukarni, do pokoju w celu weryfikacji. Żona i synowie odkładali osobno niezadrukowane przerzuty, palili w kominku strony źle wydrukowane, a odkładali w przeliczone pakiety kartki dobrze wydrukowane. Dzięki temu wiedzieliśmy ile stron i jakich należy jeszcze dodrukować.
Pracowaliśmy z „Wariatem” zazwyczaj do późnych godzin w sobotę, ale czasami – przy dodatkowych zamówieniach do Katowic, Krakowa i Szczecina kończyliśmy druk w niedzielę przed południem. Żona pakowała z synami „Tygodnik” w paczki z odpowiednimi oznaczeniami dla odbiorców. Niekiedy zdarzały się nietypowe trudności. Kiedyś wyłączono światło, więc przenieśliśmy maszynę do pokoju i tam przy świeczkach kręciliśmy ręcznie (po kilkadziesiąt obrotów na zmianę!). Kręciliśmy potem w ciągu dnia, bo inaczej nie dotrzymalibyśmy terminu odbioru, a na wydruk czekali ludzie, którzy specjalnie przyjeżdżali do Warszawy. Tak bardzo chcieliśmy dokończyć druk w terminie, że zdesperowani nie przerwaliśmy pracy, kiedy do żony przyszły dwie zakonnice i siedziały za ścianą kuchni. Zakonnice te były zaprzyjaźnione z naszym domem, więc machnęliśmy ręką na to, że muszą przez ścianę słyszeć maszynę. Innego razu mogliśmy doprowadzić do dekonspiracji, bo dostaliśmy zły papier i było dużo przerzutów (rozmywała się farba) i źle wydrukowane strony pakowaliśmy do pieca CO. Co pewien czas rozgarniałem pogrzebaczem palenisko, ale za każdym razem pozostawało sporo papieru. Ktoś z nas na zakończenie pracy dolał do paleniska olej od „Trabanta”. Płomień buchnął mocno w górę komina, a my położyliśmy się spać. Rano, mój syn Witek, który zazwyczaj był śpiochem, wstał bardzo wcześnie i pobiegł do ogrodu. Całe szczęście, bo na śniegu leżało dużo niedopalonych stron. Obudził on pozostałych braci i wszyscy zajęli się sprzątaniem. Po zakończeniu sprzątania rzucali się śnieżkami, aby uwiarygodnić wczesny pobyt w ogrodzie. Po posprzątaniu niedopalonych stron wyłonił się poważny problem, a mianowicie: co zrobić z zapasem kilkudziesięciu pozostałych ryz papieru? Nieoczekiwanie pomógł nam w tym Andrzej Bacia, któremu zwierzyłem się z kłopotów. Zaproponował on wymianę papieru przez znajomych, którym dostarczał prasę. Wymiana papieru mogła stanowić zagrożenie dla drukarni, bo oznaczała, że Andrzej ma z nią bezpośredni kontakt. Andrzej należał jednak do nielicznego grona osób, do których miałem pełne zaufanie i wiedział, że w moim domu jest drukarnia, bo w czasie nieobecności Gienia Wojtysiaka dorabiał jakieś elementy do maszyny. Od stycznia 1982 r. należał on do moich najbliższych współpracowników – był człowiekiem do wszystkiego: pracował w informacji defensywnej, robił najlepsze kolce w Warszawie (z bardzo dobrego materiału, które po każdym położeniu utrzymywały ostrze kolca zawsze w górze), kolportował bibułę, a jak było trzeba, to plakatował lub rozsypywał ulotki. Jak przystało na inżyniera, charakteryzował się dużą precyzją w podejmowaniu decyzji – więc wierzyłem, że zorganizuje dobrze wymianę papieru. I tak też się stało. Zabierał z mojego mieszkania po kilka ryz i przynosił taką samą ilość już dobrej jakości. Pracował jak przysłowiowa mrówka i po 3. lub 4. tygodniach mieliśmy suchy i dobrej jakości papier. Przypuszczam, że ze względu na rozmiary tej wymiany, musiała ona przekroczyć mury Politechniki Warszawskiej przy ul. Narbutta.
Kiedyś w połowie wydruku pierwszej strony została naderwana matryca elektrostatyczna akurat w miejscu, gdzie umieszczone było zdjęcie Ewy Kulik. Tylko dzięki umiejętnościom „Wariata” udało się matrycę skleić i wprawdzie Ewa nie została upiększona, ale można było na wolnych obrotach ukończyć druk pierwszej strony wg zamówienia. Wolno drukowaliśmy też drugą stronę i dzięki temu nie było strat. Innym razem zdarzyła się zabawna historia. Zaczęło się od tego, że brakowało farby. Przygotowany na takie awarie wyjąłem olej i pigment; rozmieszaliśmy farbę bardzo dobrej jakości mikserem wyjętym z kuchennej szafki. Druk zakończyliśmy przed południem w sobotę. Tego dnia były imieniny mojej żony i przygotowywała popołudniowe przyjęcie. Podczas robienia masy tortowej okazało się, że mikser był źle umyty i masa do tortu miała szary kolor. Było już za późno by robić nową masę. Szara masa tortowa wzbudziła duże zainteresowanie pań i na liczne pytania żona odpowiadała, że to na skutek jakiegoś proszku do posłodzenia, który przywiozłem z Brazylii. Żona robiła też korekty książek „Rytmu”. Zapamiętała dobrze korektę „Drogi nadziei” Lecha Wałęsy, bo książka miała 2 tomy, a czasu na nią było bardzo mało. Korekty robił też mój syn Olgierd (m.in. „Pod znakiem Lwa i Syreny”; tę korektę zapamiętałem, bo Olgierd był bardzo dumny z otrzymanego autografu od autora).
Do czasu otrzymania nowej maszyny dwa razy niewiele brakowało, aby nasza drukarnia wpadła. Ostrzeżenie otrzymałem od pani pracujące na poczcie (nazwiska nie pamiętam), której sygnał ostrzegawczy przekazał ktoś z jej rodziny; był to pracownik MSW pozyskany do informacji defensywnej (nazwisko trudne do ustalenia wobec łańcuszka ludzi pozyskiwanych do współpracy). Dzięki szybkiej ewakuacji przy pomocy Andrzeja Grabickiego mieszkanie było „czyste”. W czasie ładowania maszyny, farb, matryc i gilotyn mój syn Olgierd wyczuł sytuację i jeździł rowerem ulicami Sygietyńskiego i Toeplitza dla ochrony. W pewnym momencie powiedział, że na ul. Sygietyńskiego stoi samochód, ale to nic groźnego, bo on zawsze tam stoi. Dzieci potrafiły więc same oceniać zagrożenie. Zagrożenia zakończyły się „dołkami” w Grodzisku Maz. i Brwinowie. Nie przyznałem się „Tadeuszowi” do tych kłopotów, bo bardzo chciałem kontynuować pracę w drukarni uważając, że każda ulotka, gazeta i książka to gwoździe do trumny czerwonego. Dzięki tej samej informatorce udało się uniknąć wpadki „Nowej” u p. Magdaleny Barańskiej w Otrębusach.
W związku z nieustającymi kłopotami, które wynikały z pracy na starej maszynie oraz ograniczonymi możliwościami w pozyskaniu farb i matryc nawiązałem kontakt z Joanna Pilarską w Brukseli. Poznałem ją podczas wyprawy antarktycznej w roku 1979; znała ją również koleżanka z Instytutu Elżbieta Wegner. Tą drogą przekazałem jej swoją prośbę. Otrzymałem odpowiedź dość szybko. Joanna pisała, że cieszy się, iż nie siedzę i bardzo podoba jej się to co robię, bo to są konkretne działania, a nie przysłowiowe „bicie piany”. W liście tym znalazło się też znamienne stwierdzenie, które sprowadzało się do tego – bardzo cię lubię, ale nie mogę posłać transportu na twój kontakt w Polsce. Zrozumiałem wtedy, że w Brukseli jest wtyka i przestałem się z nią kontaktować. Sprawa ta wywołała u mnie duże rozczarowanie i zaniepokojenie. Wprawdzie w środowisku taterników panowała negatywna opinia o panu z Biura Solidarności (brak lustracji nie upoważnia mnie do wymienienia jego nazwiska), ale nie mogłem pojąć, jak wobec takiej oceny władze podziemnej Solidarności lekceważą takie informacje. Dowiedziałem się też, że z tym panem kontaktuje się Mirosław Chojecki oraz Marian Kaleta, a to działało uspokajająco. Michał Faltzman wyraził jednak negatywną opinię o ośrodku w Brukseli. Zasięgnąłem więc też opinii taterników z Wrocławia ze środowiska Solidarności Walczącej za pośrednictwem „Wujaszka” i ta opinia była również negatywna. Dlaczego Joanna Pilarska siedziała w tym „szambie” i dlaczego Chojecki i Kaleta współpracowali z biurem w Brukseli? Tego nie mogłem pojąć! Ze względu na bezpieczeństwo transportów, podzieliłem się moimi rozterkami z Zbyszkiem Lewandowskim, ale on uspokoił mnie twierdząc, że moje rozterki informacyjne mogą wynikać z przeczulenia na punkcie agentury.
Niezależnie od drukowania ulotek i „Tygodnika Mazowsze”, drukowaliśmy „Kurier Mazowsza” – ulotkową formę gazety informującą o bieżących wydarzeniach oraz różne broszury. Przyznam, że czasami licho mnie brało na ich treść, bo autorami byli niekiedy byli komuniści i nie dotyczyły one historii Polski. Przykładem tego był list Stefana Bratkowskiego do pierwszego sekretarza KPZR. Można było wprawdzie potraktować go jako element dywersji w szeregach naszego KC i KW PZPR (bo docierał on tam dzięki starym znajomym Bratkowskiego), ale nadrzędną koncepcją – możliwość porozumienia się z władzami ZSRR można było też potraktować jak szerzenie zamętu w szeregach „Solidarności” ze względu na kompletny brak realizmu. Do tego wszystkiego nie miałem sentymentu dla ludzi, którzy byli kiedyś budowniczymi socjalizmu, a którzy ten socjalizm potem burzyli, bo to zachowanie przypominało niewdzięcznego psa, który gryzie własnego pana. Prócz tego ludzie ci mieli w tych latach szczególny status: za kolportowanie 100 książek studenci mogli się dostać do więzienia, a Stefan Bratkowski podpisywał się pod tym opracowaniem, puszczał w nielegalny obieg tzw. gazety na taśmie magnetofonowej i nic mu się nie działo. Pragnąłem, aby „Rytm” drukował głównie książki dotyczące historii Polski. O pomoc zwróciłem się do Romana Rybickiego, który miał rozległe kontakty w środowisku emigracyjnym na terenie USA. Udało nam się przekonać „Tadeusza” o potrzebie takich publikacji, a ich wydawanie możliwe było dzięki ogromnemu zaangażowaniu Romka i Mariusza Zb. Zielińskiego ps.”Mariusz”.
„Rytm” wydał też wiele znaczków pocztowych, w tym bloczek wydrukowanych na złotej apli p. t: „Madonny Polskie”. Wizerunek Matki Boskiej Uwięzionego Narodu szczególnie spodobał się moim przyjaciołom z AK, a że przygotowywali oni pielgrzymkę byłych żołnierzy AK do Rzymu, więc poprosiłem, aby wręczyli znaczki Janowi Pawłowi II. „Tadeusz” zorganizował unikalny wydruk na srebrnej apli i zakupił specjalną okładkę do listu. W czasie spotkania z „Lopkiem” napisałem odręcznie list, którego treść została zaakceptowana przez jego kolegów, a po wydrukowaniu go został dołączony do znaczków. Uzgodniłem też z „Lopkiem”, że ze względu na tzw. BHP, on podpisze list dopiero po dotarciu do Rzymu. Autokar z jadącymi wzbudził duże zainteresowanie w Rzymie, bo umieszczono na nim transparent „Solidarności”. Podczas spotkania z Janem Pawłem II „Lopek” wręczył nasz upominek, który był znakiem łączności z Papieżem i wdzięczności za to co zrobił dla Polski.

Koniec części piątej.
Bolesław Andrzej Jabłoński, ps. „Brok II”, „Omega”, „Profesor”