Dlaczego trafiłem do konspiracji

fot. A, Kowalska, lekcja ornitologii w szkole w Otrębusach.Relacja Bolesława Andrzeja Jabłońskiego
Wstęp – zdaję sobie sprawę z tego, że wspomnienia moje są niepełne, pomimo, że w odtworzeniu wielu zdarzeń pomogli mi znajomi. Mam jednak nadzieję, że wspomnienia innych uczestników minionych wydarzeń pozwolą uzupełnić historię Grup Specjalnych – Grup Oporu, które stanowiły najbardziej radykalną część podziemia kronikarskiego w Warszawie, których działalność została zapomniana po „okrągłym stole”. Z kronikarskiego punktu widzenia uważam też za celowe zestawienie adresów osób, z którymi współpracowałem. Lista tych osób jest również niepełna (dotyczy to zwłaszcza tych, którzy zajmowali się informacją), ale pragnę pozostawić chociaż ślad ich uczestnictwa w konspiracji, bo i oni zostali zapomniani, a w środkach masowego przekazu wspomina się jedynie o przywódcach. W moim przekonaniu dowódcy bez armii niewiele mogliby zdziałać!!!

 

Dlaczego trafiłem do konspiracji?
Od powstania listopadowego w mojej rodzinie był w każdym pokoleniu przynajmniej jeden Sybirak. Moi rodzice walczyli w podziemiu podczas wojny (przez nasz dom „przechodził” premier Tomasz Arciszewski przed opuszczeniem Polski samolotem, którym przyleciał Jan Nowak-Jeziorański; ojciec brał udział w akcji odbijania prof. Karskiego, mama siedziała na nasłuchach radiowych, których treść woziła do Krakowa).
Ludwika Cohna poznałem latem 1945 r., kiedy z ojcem i dr Stanisławem Molickim przerzucali na Zachód Zygmunta Zarębę. Ludwik Cohn bywał częstym gościem w domu moich rodziców po odsiedzeniu 5 lat. W domu teścia, Stanisława Salskiego, poznałem jego znajomych z więzień PRL: Władysława Siłę-Nowickiego (ps. „Łysy”), Wincentego Kwiecińskiego (ps. „Lotny”), Mariana Rybickiego (ps. „Andrzej”) oraz Leopolda Kumanta (ps. „Lopek”). Z wymienionymi żołnierzami KEDYW-u spotykałem się też u siostry teścia – Jadwigi Strzemżalskiej (sanitariuszki AK z Powstania Warszawskiego i łączniczki Komendy Głównej). Dzięki tym znajomościom otrzymałem dobre podstawy pracy konspiracyjnej.
Jestem katolikiem, więc zapamiętałem słowa ks. Franciszka Blachnickiego (twórcy ruchu OAZ-owego), który mówił, że komunizm jest dziełem szatana, bo: 1. walczy z Bogiem; 2. opiera się na kłamstwie; 3. sieje nienawiść.
Nie mogłem więc tylko biernie obserwować biegu zdarzeń!

Pierwsze kontakty (1963-1981)
Początkowa działalność ograniczała się do informacji defensywnej:
a) od 1963 r. dla ks. Tomasza Bojasińskiego; b) od 1966 r. dla płk. Wincentego Kwiecińskiego (tu momentem przełomowym był chrzest mego syna w katedrze, po którym musiałem wychodzić z niemowlęciem w beciku przez zakrystię, bo przed wejściem do katedry MO wbijało ludziom pałami do głowy socjalizm).
W 1976 r. w mieszkaniu rodziców na ul. Długiej Ludwik Cohn zaproponował mi współpracę z KOR. Wprawdzie odpowiadała mi praca w informacji defensywnej, ale chciałem ją wykonywać wyłącznie dla L. Cohna lub dla niego poprzez W. Kwiecińskiego. Nie chciałem się angażować w inną działalność ponieważ: a) wielu ludzi z KOR-u miało przeszłość komunistyczną; b) nie widziałem też sensu jawnego działania o charakterze demonstracyjnym, bo jawność opozycji w tym systemie musiała wg mnie doprowadzić do ciągłych aresztowań, a więc do ograniczenia liczby osób oddanych sprawie niepodległości.
W roku 1978 zostałem powołany do grupy naukowej pracującej w Stacji Antarktycznej im. Arctowskiego na King George Isl. Powiadomiłem o tym „Lopka” – Leopolda Kumanta i „Lotnego” – Wincentego Kwiecińskiego, którzy wykorzystali tę okazję do przekazania za moim pośrednictwem „handlarzowi okrętowemu” w Kanale Kilońskim korespondencji i odebrania od niego kontenerów (takich, jakich używano do przewożenia towarów do kiosków Ruch-u – a były one sprowadzone z Polski). Kontenerki te miały już wypisane moje numery bagażowe i przyjąłem je oficjalnie jako aparaturę naukową. W rzeczywistości zapakowano do nich powielacz i matryce. Ta przesyłka odbyła do Polski bardzo długą drogę: Kanał Kiloński-Antarktyda-Australia-Morze Śródziemne-Gdynia-Stacja Terenowa PAN Łomna Las (gdzie pracowałem przed wyprawą) – Otrębusy (mój dom) – Warszawa („Lopek”).
W wyprawach antarktycznych brało udział wielu ludzi z UB i II wojskowej, ale oznakowane uprzednio kontenerki nie budziły podejrzeń. Celnikom w Warszawie musiałem dostarczyć pismo od władz PAN informujące, że na Antarktydzie nie ma polskiego Konsula (!) i dlatego nie posiadam odpowiedniego pisma dla urzędu celnego. Podczas kolejnej wyprawy w 1979 r. przekazałem w Kanale Kilońskim „handlarzowi” kolejną porcję korespondencji.
Po powrocie do Polski w maju 1981 r. nawiązałem kontakt z Jerzym Zielińskim (redaktorem „Solidarności”), którego poznałem podczas wyprawy do podziemi w Kłodzku (Jerzy był wtedy dziennikarzem „Dookoła Świata”). Dowiedziałem się od niego, że „Solidarność” nie ma tzw. „drugiego garnituru”, więc postanowiłem, że nie ma sensu angażować się w jawną działalność. Ugruntowała mnie w tym przekonaniu rozmowa z działaczem „Solidarności” w Zakładach Radiowo-Telewizyjnych (tak się chyba ten zakład nazywał?) na Pradze – Konradem Dzięciołowskim. Koledzy ci uważali, że mamy tak duże poparcie związków zawodowych na Zachodzie, że komuna nie odważy się na likwidację „Solidarności”. W tym czasie Ludwik Cohn był już mocno schorowany i nie miał wpływu na żywiołowy bieg wypadków. Wykonywałem więc zadania zlecone przez „Lotnego” i „Lopka”, a polegały one na inwentaryzacji największych krzykaczy na wiecach oraz budowania sieci kontaktów bez telefonów (np. do cioci Zofii Fedorowiczowej w Zakopanem, gdzie dostarczał „bibułę” mój brat cioteczny Jerzy Ficowski – wiadomość docierała w ciągu 5-9 dni). Ta sieć składała się głównie z ludzi byłego AK i ich rodzin (np. w powiecie grójeckim byli to ludzie związani z moim wujostwem – Andrzej Kincel, Dariusz Jakubczyk; wuj był tam komendantem podchorążówki, a ciocia miała w Kociszewie radio). W Kieleckiem współpracowałem z „wujaszkiem” płk. AK Józefem Teligą (Solidarność Rolników Indywidualnych) oraz moim przyjacielem z wypraw antarktycznych – doc. dr Zbigniewem Rubinowskim (zawód geologa i działacza ochrony przyrody pozwolił, jak się potem okazało w stanie wojennym, na swobodne poruszanie się w terenie). Sieci te zostały wykorzystane po 13 grudnia 1981 r. dla różnorodnego kolportowania podziemnej prasy.
Między 15-20 XI 1981 r. uzyskałem wiarygodną informację „o konieczności wprowadzenia stanu wyjątkowego”, co przekazałem „Lotnemu”. „Lotny” był zdegustowany brakiem „drugiego garnituru” i przewidywał represje, polecając zgromadzenie papieru (czasu wystarczyło tylko na zgromadzenie kilkunastu ryz oraz starego powielacza).

Koniec części pierwszej.

Bolesław Andrzej Jabłoński, ps. „Brok II”, „Omega”, „Profesor”