Lata 1982 – 1983

Część trzecia wspomnień dr Bolesława Jabłońskiego.

W 1982 lub 1983 r. (było to na pewno wiosną) otrzymałem od „Lotnego” i „Lopka” aparaty podsłuchowe wykonane na Politechnice Warszawskiej. Miały one wielkość paczki papierosów. Przeprowadziłem próby na odcinku od Al. Jerozolimskich przy ul Pankiewicza do Muzeum Wojska Polskiego oraz do Pl. Unii Lubelskiej i Pl. Narutowicza. Odbiór odbywał się na normalnym radiu. W porównaniu z „pluskwami” było to urządzenie bardzo prymitywne, ale w tamtych czasach umożliwiało kontrolowanie wielu akcji. Pięć lub sześć takich aparatów przekazałem do Regionu (przez Zbyszka Lewandowskiego ?, „Alka” ?), a jeden wykorzystywałem do własnych działań przez kilka lat.
Wobec tego, że zainteresowałem Zbyszka rozbudową sieci informacyjnej, polecił mi on napisanie o tej sprawie raportu. Pomagał w opracowaniu „Lotny”. Chodziło o rozbudowę sieci informatorów i skrzynek w kioskach Ruchu, wśród listonoszy i pracowników ZOM. Po jakimś czasie otrzymałem wiadomość, że w Regionie oceniono ten projekt jako nierealny, pomimo że „Lotny” był w Okręgu Warszawskim AK szefem kontrwywiadu, więc był przygotowany merytorycznie do udzielania rad. „Lotny” polecił mi wtedy, aby jeszcze bardziej związać się z „Alkiem”, ponieważ ulotkowanie, stawianie „gadał”, odbieranie transportów oraz drukowanie tzw. wolnego słowa stanowiły wymierną formę oporu wobec komuny, w przeciwieństwie do jałowych dyskusji typu: struktury czy strajk generalny?
W drugiej połowie maja 1982 r. dowiedziałem się, że w środowisku akademickim przy kościele św. Anny zrodził się pomysł zorganizowania pielgrzymki do Częstochowy. Uczestnicy mieli po jej zakończeniu siąść pod murami Jasnej Góry i siedzieć tak długo aż komuna nie wypuści więźniów politycznych. Zaniepokoiłem się bardzo tą inicjatywą, która wg mnie była inspirowana przez UB, bo groziło to licznymi aresztowaniami wśród najofiarniejszej młodzieży i patriotycznie nastawionych księży. Pojechałem do kościoła św. Marcina, aby przekazać tę wiadomość ks. Tomaszowi Bojasińskiemu, ale on przebywał już w szpitalu. Połączono mnie z recepcji z ks. Bronisławem Dembowskim i od niego dowiedziałem się, że z Tomaszem kontakt jest już niemożliwy. Wyrwało mi się wtedy – to wielka szkoda – i wtedy ks. Dembowski poprosił mnie na górę. Widział mnie wielokrotnie u Tomasza i był podczas mojej relacji otrzymanej z Krakowa od Teresy Tomek i Zygmunta Bocheńskiego o tym, że jeden z zakładów włókienniczych dostał tam zamówienie od UB na uszycie 300 sztuk sutann. Mogłem mu więc śmiało przekazać moje zastrzeżenia. Powiedział, że jest to pomysł nieroztropny, więc domyśliłem się, że oznacza to interwencję. Planowana pielgrzymka nie odbyła się. Na marginesie tego zdarzenia kończącego moją współpracę z ks. Tomaszem Bojasińskim pragnę wspomnieć o jego bardzo trzeźwej ocenie stanu wojennego, którą jednak puściłem mimo uszu, bo byłem zafascynowany powszechnym i aktywnym oporem wobec komuny. Powiedział on tak: Polska jest obecnie boiskiem piłkarskim, na którym rozgrywany jest międzynarodowy mecz, a my jesteśmy trawą na tym boisku i oby nas jak najmniej rozdeptali. Sens tej wypowiedzi zrozumiałem dopiero w pierwszych latach po okrągłym stole.
Na przełomie maja i czerwca 1982 r. poproszono mnie o zgodę na wstawienie do domu maszyny do drukowania „Tygodnika Mazowsze” (nie pamiętam, kto był inicjatorem tego pomysłu, ale na pewno ktoś z Podkowy Leśnej – może Witek Zieliński?). Maszynę wykorzystywałem także do drukowania ulotek dla Zbyszka. Część ulotek przekazywał Zbyszek młodzieży związanej z ks. Indrzejczykiem w Tworkach. Latem 1982 r. (najprawdopodobniej 14 VII – moje urodziny, lub 19 VIII – moje imieniny) przyjechał do mnie „Alek” z Anką Lasocką, aby w ciągu godziny stawić się po odbiór transportu od Svena w Walendowie. „Tarpan” Czesława Kropielnickiego pojechał wtedy z jakimś „towarem” na Mazury i sytuacja stała się podbramkowa, bo samochód Karola Teligi był w remoncie. Zdesperowany poszedłem do sąsiada – Andrzeja Grabickiego i powiedziałem, że widziałem go w kościele jak przystępował do Komunii Świętej więc sądzę, że nie może być gnidą komunistyczną i dlatego proszę o pomoc w odebraniu transportu. Andrzej miał wtedy starego „gazika” z plandeką. Po chwili zastanowienia powiedział on – jak trzeba to trzeba! Przeżegnał się przed odjazdem i dodał – a teraz władza ludowa może nam naskoczyć. Samochód miał uszkodzony tłumik i kiedy dojechaliśmy do klasztoru w Waledowie, obecni przy rozładunku myśleli, że to jedzie ZOMO w samochodzie pancernym. Wyładowaliśmy cały samochód i „Alek” musiał leżeć pod samą plandeką. Był wtedy bardzo upalny dzień, więc spaliny, które dostawały się pod plandekę spowodowały lekkie zatrucie „Alka”. W Otrębusach trzeba go było wyjąć, bo nie był w stanie chodzić; po małym odpoczynku włączył się jednak w rozładunek przenosząc „towar” na strych. W transporcie były książki, pistolety gazowe i sprzęt poligraficzny. Przechowywanie w tym samym domu dwóch maszyn do drukowania było nierozsądne ze względu na możliwość ich straty podczas rewizji oraz dlatego, że każdy sprzęt do drukowania był wtedy bardzo poszukiwany. Zwróciłem się więc do Zbyszka z prośbą o zabranie transportu. Zbyszek przekazał moją prośbę do ks. Kantorskiego, ale wytypowany dom (w Podkowie Leśnej Zachodniej lub Owczarni?) sąsiadował z domem oficera MO. Część transportu (głównie książki) została wywieziona w kilku rzutach do Warszawy. Maszynę i farby drukarskie miałem dostarczyć na parking w rejonie Nadarzyna – tak uzgodnił „Alek” ze Zbyszkiem. Jadąc z Andrzejem Grabickim w kierunku Nadarzyna spotkaliśmy w sąsiedztwie leśniczówki na Dębaku patrol MO. Andrzej znał doskonale okolicę, więc zdołaliśmy przejechać lasami. Od tej pory Andrzej był ciągle wykorzystywany do przewożenia różnego „towaru”, a po zorganizowaniu Oficyny Wydawniczej „Rytm” do transportu papieru i wydrukowanych nakładów. W jego domu znajdowała się też od roku 1983 „czarna skrzynka” (tj. awaryjny magazyn papieru i farb). Z Andrzejem i jego kolegami (Piotr Szkiela i Jerzy Piotrkowicz) przyklejałem też jesienią plakaty między Otrębusami a Kaniami.
W roku 1982 postanowiliśmy z „Alkiem podłożyć ładunki wybuchowe pod przewody elektryczne, telefoniczne oraz wod.-kan. w budującym się nowym ośrodku milicyjnym w rejonie Dworca Kolejowego Warszawa Zachodnia. Plan rozmieszczenia tych sieci sporządził pracownik zajezdni tramwajowej, który mieszkał przy przystanku WKD w Rakowie – nie pamiętam jego nazwiska. Jako materiału wybuchowego mieliśmy użyć proch myśliwski. SB-cja zabrała mi 13 grudnia broń myśliwską, ale przez niedopatrzenie pozostawiono duży zapas amunicji. Do akcji nie doszło, ponieważ nie wyrażono na nią zgody w Regionie, bo obawiano się, że „przypną nam łatkę” terrorystów. Zgromadzony proch wykorzystywał potem Tomek Kubalski ps. „Wariat” z moimi synami do prób z wyrzutnikami ulotek – próby te odbywały się w rejonie torfianek między Otrębusami a Podkową Leśną i zakończyły się powodzeniem, choć nie weszły one do użytku. Prawdopodobnie w tym czasie rozpoczęto już seryjną produkcję wyrzutników w Grupie „Mariusza” i dlatego „Alek” poprosił o przekazanie pozostałych zapasów prochu.
Nie wiem kto wpadł na pomysł dostarczenia ze Szwecji książek w paczkach dla indywidualnych odbiorców. „Alek” poprosił mnie o podanie takich adresów, bo podobno była to inicjatywa Regionu. Byłem przeciwny tej akcji, ponieważ od dawna wiedziałem, że np. na Poczcie Głównej w Warszawie funkcjonował specjalny dział, w którym czytano zagraniczną korespondencję (pracowała tam pani Wytrykus z Wołomina) oraz osobny dział do przeglądania paczek. Oba działy zostały rozbudowane w stanie wojennym. Na zasadzie odczepnego i jednocześnie próby podałem adres mojej bliskiej kuzynki Joanny Niemiatowskiej-Wapińskiej. Mąż jej pracował we Francji i przysyłał do domu paczki, więc wydawało się, że UB-cja powinna być oswojona z takimi przesyłkami. Pomimo to Joanna została wezwana do Pałacu Mostowskich, gdzie usiłowano od niej wydobyć dane o adresacie. Powiadomiono ją o tym, że w paczce znajdowały się zakazane książki i usiłowano zastraszyć. Zaproponowano jej przed odejściem zabranie poprzewracanej odzieży. Joanna jej nie zabrała dodając, że prywatna paczka powinna być rozpakowana w jej obecności na podstawie orzeczenia sądu. Po tej próbie nie podawałem więcej adresów, bo obawiałem się, że podczas przesłuchań kolejnych odbiorców paczek UB-cja mogła podstępem dojść do inicjatorów takich przesyłek w Polsce.
Latem 1982 r. „Alek” poprosił mnie o ulokowanie ukrywającego się kolegi w jakiejś leśniczówce, ponieważ był on mocno zmęczony ciągłym ukrywaniem się. Akurat w tym czasie mój kolega z Instytutu Janusz Sawoniewicz otrzymał pracę w leśniczówce nad Biebrzą, gdzie miał powstać park narodowy i wydawało się, że jest to zupełnie pewne miejsce. Jednak kiedyś przyjechali tam na ryby pracownicy KW z Białegostoku i wtedy ten ukrywający się nieznajomy (okazało się potem, że był to Teoś) został przedstawiony jako pracownik jednego z komitetów dzielnicowych PZPR w Warszawie. Dzięki temu Teoś mógł spokojnie, podczas łowienia ryb, dyskutować o tym jak zwalczać „Solidarność”. Po powrocie z wypoczynku Teoś odwiedził mnie z „Alkiem” w Otrębusach i tak rozpoczęły się nasze regularne spotkania. Podczas tych spotkań ustaliliśmy m. in., że poszczególne Grupy powinny być „samowystarczalne” (tj. posiadać przynajmniej ramkę i wałek, farbę oraz konstruktora „gadały”), bo umożliwiało to działanie nawet przy bardziej rozległych aresztowaniach. Niestety, nie zawsze było to możliwe ze względu na wiadomości, jakie mieli w tym zakresie członkowie poszczególnych Grup. O ile mi wiadomo, tylko jedna Grupa „Mariusza” osiągnęła taki stan przygotowania. Dlatego zaistniała potrzeba dostarczania „towarów” do Grup i tym zajmował się już Teoś.
Przed 1 sierpnia 1982 r. nastąpiły przygotowania do akcji nagłośnieniowej w związku z rocznicą Powstania Warszawskiego. Zawiodła grupa techniczna, bo otrzymaliśmy „gadały” bez baterii, których brak było w sklepach.
Zbierając baterie od sąsiadów udało się wykorzystać tylko jedną „gadałę”, która została umieszczona początkowo pod stertą kwiatów na świeżym grobie. Przed rozpoczęciem akcji czekała nas nowa niespodzianka, bo Zbyszek, który miał przyprowadzić obstawę z Ursusa przybył w towarzystwie kilkunastu harcerek, które mogły być wykorzystane jedynie do robienia sztucznego tłoku. Pomimo to akcja udała się i nie ponieśliśmy strat. W momencie kiedy żołnierze pełniący wartę przy Pomniku Powstańców Warszawy zaczęli odchodzić zrobiliśmy żywą drabinkę („Alek”, Andrzej Rotowski, ja i Jacek Cibor na górze) i „gadała” została uruchomiona na wierzchołku pomnika. Rozległ się sygnał Radia Solidarność; było przemówienie Zbigniewa Bujaka, a jeden z aktorów (kto?) odczytał przemówienie gen. Bora-Komorowskiego.
Podczas planowanej manifestacji w rejonie Starego Miasta (3 V lub 31 VIII – nie potrafię odtworzyć w czasie) „Lotny” i „Lopek” polecili mi prowadzenie nasłuchu MO i ZOMO – najprawdopodobniej nagrania te miały być dostarczone do podziemnej prasy. W pewnym momencie, gdy „zadyma” zaczęła się na dobre, padł rozkaz jakiegoś oficera – jak zobaczycie jakąś k… z brzuchem, albo starą babę, to nie bić ich na ulicy, ale wciągnąć do bramy i tam spuścić im porządny p…. Znamienna była wtedy reakcja mojego ojca – w chomącie chamowi chodzić, a nie w białej koszuli.
Uzupełnieniem działalności z tego okresu jest relacja Andrzeja Rotowskiego spisana przeze mnie 16.IV.2008 r.: „Chodziłem na treningi karate do „Alka”. Dałeś mi kiedyś ulotki (treści nie pamiętam) w lecie; były to lata największego terroru, więc chyba w 1982 lub 1983. Zrobiłeś mi przeszkolenie: z okna – nie z ręki, bo może ktoś zauważyć z dołu, ale stojąc za ścianą, wypchnąć ulotki szybą podczas wiatru; w pociągu – paczka na nitkach przyciśniętych do ramy okiennej, gdy pociąg wjeżdża na peron. Powiedziałeś, aby w Pruszkowie wybrać „newralgiczny punkt”. Wybrałem wysoki budynek przed komitetem PZPR przy ul. Drzymały. Partyjniacy szybko powiadomili MO i zablokowano część ulic, ale ja spokojnie wyszedłem od podwórka i poszedłem do stacji PKP. Podobno przez kilka godzin MO urządzało pokaz siły (kto tu rządzi) i jeździli samochodami po mieście na sygnałach. Potem rozsypałem ulotki „z nitki” na peronach w Brwinowie i Milanówku. Pojawiły się więc na sygnałach samochody MO na szosie od Pruszkowa do Grodziska i w rejonach stacji, gdzie posypały się ulotki”. Te pokazy siły miały zastraszyć społeczeństwo; ja obawiałem się o Andrzeja, a okoliczni mieszkańcy uważali, że nastąpiła fala masowych aresztowań. Czerwoni zatrudniali psychologów (był wśród nich nawet docent – nie pamiętam już jego nazwiska). Wiem, że w koszarach ZOMO koło ul. Ratuszowej przygotowywali oni ludzi do akcji. I tak np. ładowali ZOMO do samochodów, gdzie „zapiewajło” opowiadał o tym, jak rozrabiają studenci i obserwował reakcję podwładnych. Jeżeli ktoś siedział obojętnie, to brano go do drugiego rzutu tłumienia manifestacji, a jeśli wykazywał zacietrzewienie, to do pierwszego. Psycholodzy reżyserowali też początki akcji: najpierw puszczano na tłum cherlawych ZOMO-wców, a kiedy oni oberwali, wtedy do akcji ruszali ich koledzy, którzy mieli za zadanie pomścić ich. Podczas zajęć teoretycznych korzystano też z książki (skryptu?), w której znajdowało się takie stwierdzenia – „do tłumu nie strzela się ogniem pojedynczym, lecz salwami, lub z broni maszynowej”. Andrzej przypomniał mi o tych sprawach, bo mu kiedyś dokładnie o tym opowiadałem. Przypomniał jeszcze kilka innych zdarzeń:
a) ktoś z Grup Oporu „Gruby” (?) wstrzyknął do samochodu jakiejś szczególnie podłej pani prokurator (sędzinie?) „skunksa”. Obaj nie pamiętaliśmy, kiedy to było, ale na pewno przed 1984 rokiem;
b) dałem Andrzejowi wkładki do telefonów przeciwdziałające podsłuchowi. Od kogo one pochodziły i dla kogo ? – nie potrafiliśmy tego odtworzyć;
c) Andrzej zlokalizował budynek PKP, w którym prowadzono podsłuchy rozmów pracowników węzła warszawskiego od strony zachodniej (przy lokomotywowni przy stacji WKD Reduta Ordona). Przekazałem tę informację Zbyszkowi Lewandowskiemu i niezależnie od tego Witkowi Zielińskiemu zaprzyjaźnionemu ze środowiskiem konspiracyjnym w Podkowie Leśnej, bo wiedziałem, że pracownicy WKD przewożą do Warszawy „bibułę”.
Innym uzupełnieniem historii naszej działalności są dane pochodzące od Czesława Kropielnickiego przekazane mi 6.IV.2008. Jego syn Hubert zrywał przed różnymi wyborami plakaty wyborcze od Tworek do Podkowy Leśnej. Czesław przypomniał mi też, że w styczniu 1982 r. zarekomendowałem mu trzech chłopaków z konspiracji, którzy pracowali u niego przez 1,5 – 2 lata (kto to był?). Zajmowali się oni przewożeniem papieru i farb. Kiedyś na wskazany przez nich adres (gdzie?) pojechał z „towarem” Jerzy Werniewicz i długo stał, bo ludzie wyglądali przez okna. Żeby zwabić odbiorców otworzył bagażnik i wtedy posypała się na niego zawartość; ponownie, lecz w mniejszym stopniu został „White-black”. Czesław umawiał się też z zatrudnionymi chłopcami także w kawiarniach, oddawał im samochód i czekał pijąc kawę. Pewnego razu samochód został najprawdopodobniej namierzony, bo na szosie nadarzyńskiej patrol MO powyjmował wszystko z wnętrza (podobno trwało to dość długo, bo wyjęli dużo skrzynek po jajkach).
We wrześniu 1982 r. Zbyszek brał udział w jakiejś akcji na terenie Ursusa i przypuszczał, że zrobiono mu zdjęcie i dlatego ogolił bujną brodę dla tzw. BHP. Od tej pory pojawiał się w Otrębusach rzadko. Przysłał kiedyś do mnie zastępców: nauczyciela z Podkowy Leśnej – Skowrona i starszego z braci Gołąbów. Miałem z nim potem osobisty kontankt przy wręczaniu sprawozdań z jakichś wyborów (chodziło o frekwencję) oraz 2 tygodnie przed delegalizacją „Solidarności”. Przekazałem mu wtedy informację o tym, że na spotkaniu czerwonych na Krymie Breżniew powiedział – prikratit i rozgromit. Ze strony Regionu nie było żadnej reakcji, a po delegalizacji nie można było się z nikim porozumieć (po prostu zapadli się, a jedyny kontakt to „Alek” i Teoś).
We wrześniu „Alek” pokazał mi tablicę upamiętniającą ofiary stanu wojennego z kopalni „Wujek”, której projektantem był „Łysy” (nazwisko?). Miałem negatyw tej tablicy u siebie w domu i przekazałem go „Alkowi” wraz z negatywami anten (prawdopodobnie w 1984 r., kiedy „Alek” ujawnił się i zacierał ślady). Tablica została wmurowana na murach obronnych Starego Miasta na tyłach kościoła św. Marcina wcześniej niż planowaliśmy, bo Zbigniew Bujak powiedział o tym komuś z Radia Wolna Europa. Potraktowaliśmy ujawnienie tej akcji jako przejaw głupoty lub wręcz dywersji. Nie pamiętam kto tablicę wykonywał, wmurowywał i odsłaniał. Mój udział ograniczał się wtedy do zorganizowania kolców (zajął się tym mój sąsiad – Andrzej Bacia z Politechniki Warszawskiej) i przekazania ich chłopcu z Grupy zorganizowanej na Targówku, który miał je rozrzucać na rogu ulicy Długiej i Miodowej. „Alek” dał mi też telefon (kogo?) z którym miałem się połączyć z mieszkania rodziców na ul. Długiej 24 w sprawie części do rowerów po otrzymaniu sygnału od „Alka”; było to hasło, że tablica jest odsłonięta i należy rzucić ulotki informujące mieszkańców Warszawy o tym wydarzeniu. Wśród uczestników akcji był też Jacek Cibor oraz Andrzej Rotowski obstawiający z kolcami wjazd od strony Barbakanu i pomnika Kilińskiego (innych nie pamiętam, ale przy murze było 5 ludzi). I chociaż nie odpaliła „gadała” ustawiona na murze, to manifestacja trwała do wieczora.
Z innych akcji chciałbym przypomnieć wprowadzenie do kotła agenta UB Sławomira Miastowskiego. Główny organizator tej meliny Wojtek Macioszczyk otrzymał po tym wydarzeniu pseudonim „Kocioł”. Nie potrafię umiejscowić tej akcji w czasie, ale działo się to jeszcze przed śmiercią „Lotnego”, bo pomagał mi układać pytania zadawane podczas przesłuchania. Byliśmy wtedy niepotrzebnie karni wobec Regionu. „Alek” informując władze Regionu o tym, że Miastowski jest w „kotle” otrzymał kartkę skierowaną do Miastowskiego, której treść można sprowadzić do tego – jeśli jesteś ubolem to odejdź od nas i daj nam spokój(!). Do przesłuchania nie doszło! Nie rozumiem dlaczego tak długo mógł mieć kontakt z naszą warszawską konspiracją Miastowski?! Drukując z Zbyszkiem Lewandowskim broszurę o Powstaniu Warszawskim (wiosna 1982) zwróciłem mu uwagę na tego człowieka i poprosiłem o przekazanie tej informacji do Regionu! Wobec braku odpowiedzi sądziłem, że moje informacje o Miastowskim są mylne.
Podczas kłopotów „Alka” z Ubecją przyszedłem na spotkanie do ciotki Jadwigi Strzemżalskiej, aby przekazać kolejny raport dla moich starszych przyjaciół z KeDywu. Byli już „Łysy”, „Lotny” i „Lopek”. Wspomniałem im o kłopotach „Alka”, ale dodałem, że czuję się bezpieczny, a tylko na wszelki wypadek poprosiłem Andrzeja Rotowskiego o przekazanie moich kontaktów Witkowi Zielińskiemu lub Jackowi Gołąbowi. Władysław Siła-Nowicki zaproponował mi, abym zniknął na miesiąc, a on w tym czasie załatwi ucieczkę do Szwecji, skąd będę mógł wspierać konspirację w Polsce. Nadmienił, że powinienem poprosić moich znajomych ornitologów ze Skandynawii, aby włączyli się do tej pracy. Powiedziałem wtedy, że zostanę jednak w Polsce, bo teraz są takie czasy, że po procesach politycznych nie rozstrzeliwują. Rozchodziliśmy się wg stałego schematu: najpierw ciocia z siatką na zakupy w celu zorientowania się, czy nie „śmierdzi” ubiakami, potem kolejno najważniejsi – „Lotny”, „Łysy” i „Lopek” , a po około 20 – 30 min. ja. Podczas odczekiwania swoich minut zadzwonił do drzwi „Lotny”, a zaraz potem „Lopek”. Uściskali mnie serdecznie, gratulując decyzji pozostania w Polsce. „Lotny” powiedział wtedy, że oni też mogli uciekać po wojnie, ale pozostali, chociaż byli bardziej zorganizowani i liczniejsi. Dodał też, że Polska nie odzyska niepodległości wyłącznie dzięki ludziom na emigracji, bo najpierw musi się zacząć coś dziać w kraju, a zadaniem emigracji będzie dopiero czynne włączenie się podczas zmian w polityce światowej.

Koniec części trzeciej.
Bolesław Andrzej Jabłoński, ps. „Brok II”, „Omega”, „Profesor”

 

Więcej na stronie: https://pruszkowskiesp.pl/2017/04/30/odznaczenie-medalem-pro-patria/