fot. ONS

Rozmowa z aktorem Marcinem Kwaśnym

Z aktorem rozmawiał Rafał Węglewski.

Ma Pan na koncie zdumiewającą liczbę ról filmowych, serialowych i teatralnych. Gdzie czuje się Pan najlepiej?

Najlepiej się czuję w teatrze, bo teatr jest takim miejscem, gdzie aktor może najlepiej się rozwijać i szlifować swój warsztat. Teatr jest mi również bliski, bo jest blisko ludzi. Przed kamerą w serialu czy filmie, patrzy na aktora bezlitosne oko kamery i tak naprawdę weryfikują to później widzowie. W teatrze niesamowity jest kontakt z widzami, ważne są ich reakcje. Każdy spektakl jest niepowtarzalny.

Panie Marcinie ma Pan już prawie 40 lat. Jak się Pan z tym czuje?

Czuje się wciąż młody duchem, nie powiem, że jest to moment przełomowy. W moim przypadku widzę to tak, że mężczyzna z wiekiem coraz bardziej dojrzewa i nabiera dystansu do pewnych spraw i utwierdza się w swoich przekonaniach.

Sam Jan Kobuszewski wróżył Panu wielką karierę…

Wróżył to może za dużo powiedziane. Mam ogromy sentyment do Pana Jana, z którym miałem przyjemność pracować trzynaście lat w Teatrze Kwadrat. Dostałem od niego nawet dwa krawaty, jeden z jego ślubu, który mam sobie zatrzymać, a drugi z Kabaretu Dudek, który mam za lat dwadzieścia pięć przekazać młodszemu koledze po fachu.

Pamiętam, że kiedyś dość sceptycznie wyrażał się Pan o przyjaźni aktora z aktorem. Zmienił Pan zdanie?

Zmieniłem zdanie, mam wielu kolegów aktorów, z którymi się przyjaźnie i to są boże przyjaźnie, bo to co nas właśnie połączyło, to wiara w Pana Boga.

Miał Pan być najmłodszym dyrektorem Teatru Scena przy ulicy Kępnej na warszawskiej Pradze. Teatr jednak nie powstał. Dlaczego?

Teatr nie powstał ze względów prozaicznych, dlatego, że budynek, który został mi wynajęty przez dzielnice miał wadę prawną. Cześć ziemi nie należała do miasta. Musiałem opuścić tamto miejsce. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Moja fundacja, która powstała po to, aby powstał teatr, zaczęła produkować spektakle. Ostatnim naszym spektaklem, który wyprodukowaliśmy jest spektakl o św. Maksymilianie Kolbe, który gramy na deskach Teatru Oratorium, na ulicy Kawęczyńskiej, na warszawskiej Pradze, przy bazylice Najświętszego Serca.

Dlaczego wybrał Pan zawód aktora?

Mając już lat piętnaście, wiedziałem, że chce być aktorem, zaczynałem rolą księdza w moim rodzinnym mieście Tarnowie przy bazylice katedralnej. Myślę, że jest to powołanie, to jest to co potrafię robić najlepiej, niewiele więcej potrafię. Cieszę się, że mogę ten zawód uprawiać i to już jest dla mnie sukces sam w sobie.
Odgrywanie postaci, które żyły naprawdę jest, jak miecz obosieczny. Ze względu na szufladkowanie. Jak Pan przygotowywał się do roli w Pileckim i Wyklętym.

Nie boi się pan szufladki Żołnierza Wyklętego?

Nie, nie boję się. Bardzo się cieszę, że miałem okazję zagrać taką wielką postać jak Rotmistrza Witolda Pileckickiego. Był to wprawdzie dokument fabularyzowany, ale myślę, że oddający charakter i istotę jego heroizmu. Przygotowywałem się w ten sposób, że poza czytaniem lektur na jego temat, przeszedłem szlakiem po Auschwitz, tam gdzie przebywał. Rozmawiałem z jego synem. Przygotowanie rozpocząłem od duchowego klucza, czyli od książki, którą polecił Rotmistrz swojej żonie by czytała swoim dzieciom. Mowa o książce O Naśladowaniu Chrystusa autorstwa Tomasza á Kempis. Ta książka, też otworzyła mi o czy na Rotmistrza pod względem pokory i służby. Jeśli chodzi o Wyklętego, była to trudna droga. Film powstawał bez mała przez trzy lata. Muszę tutaj wspomnieć o wstawiennictwie św. Maksymiliana. Ten spektakl, który później stworzyłem, to wotum wdzięczności za film Wyklęty. Próbowaliśmy zdobyć fundusze od różnych spółek skarbu państwa, to się nie udawało. Dopiero po zmianie rządu było to możliwe. Odezwała się do nas spółka PGE i kiedy poszedłem na spotkanie na ulice Mysią, to pierwsze co mi się rzuciło w oczy to tablica w korytarzu, po lewej stronie z Maksymilianem Kolbe, gdzie energetycy składają swoją wdzięczność. Uważam, że to nie jest przypadek.

Panie Marcinie do twarzy Panu w mundurze…

Tak, mam tatę oficera. Może stąd się to wzięło. Jako mały chłopiec jeździłem z nim na poligony, rzucałem pustym grantem, strzelałem z Kabekaesu, byłem zapatrzony w tatę. Myślałem, żeby być wojskowym. Jednak cieszę, że nim nie zostałem. Babcia chciała abym został księdzem i mogłem tak naprawdę spełnić te dwa sprzeczne oczekiwania. Pierwsza była rola księdza w bazylice katedralnej. Natomiast pierwsza rolą w serialu to była postać oficera wojskowego na moście w Wyszkowie w filmie Przedwiośnie Filipa Bajona.

Honor, odwaga, tradycyjne wartości. Z jakiego domu wyszedł mężczyzna, który w to wierzy?

Wyszedłem z domu, gdzie było dużo ciepła i miłości. Jednak nie mówiono jakoś specjalnie o bohaterach i o Bogu. Treści o Bogu przekazały mi babcie, za co jestem im bardzo wdzięczny, babcia Stasia i nieżyjąca już babcia Józia. Nauczyły mnie modlitwy i czytały mi Biblię. Tak naprawdę moje zainteresowanie bohaterami wzięło się po moim nawróceniu, pięć lat temu, wcześniej byłem błądzący.

Czy wartości Bóg, Honor, Ojczyzna nie trafiają w środowisku artystycznym na bariery?

Wie Pan, środowisko artystyczne po części jest, było, nie wiem czy dalej będzie, jakby lewicujące i kontestujące te wartości. Bóg, Honor Ojczyzna, nie są to popularne w środowisku artystycznym. Uważam, że trzeba próbować żyć tą wiarą, nie tylko mieć te hasła wypisane. Nie jest to proste. Dzisiaj tak mówił jeden z księży podczas Mszy Świętej, z okazji pierwszej soboty miesiąca, bardzo łatwo jest nosić różańce i obrazki święte, natomiast dużo trudniej czynem wiarę realizować w życiu, a wiara bez dobrych uczynków jest martwa.

Co jest dla Pana ważne w roli aktora, czym się Pan kieruje?

Przede wszystkim chce być wiarygodny, nie chce fałszować, chce być prawdziwy, tak aby trafić do widza. Nawet jeśli to jest jakaś mała rola.

Na ekranach kin jest grany film Dywizjon 303, występuje Pan w roli Kanadyjczyka. Ciężko było Panu się przygotować do tej kreacji?

Było to wyzwanie, aby mówić z akcentem, aby nie był to akcent praski, nie był to akcent polski, tylko kanadyjski – śmiech.
Na szczęście w sukurs przyszedł mi producent, który zatrudnił coacha z Kanady i szlifowałem z nim ten akcent. Jednak czy się udało, musicie sami państwo ocenić idąc na film. Bardzo się cieszę, że zagrałem tę postać. John Kent przechodzi pewną przemianę, z sceptyka, który nie chce za bardzo z tymi Polkami mieć do czynienia, widząc ich odwagę, brawurę i determinację staje się ich gorącymi orędownikiem i admiratorem. Zżywa się mocno z polskimi lotnikami do tego stopnia, że ci nadają mu pseudonim Kentowski.

Artykuł ukazał się także w miesięczniku Winnica Pańska.