Rodzina a życie zawodowe – jak to pogodzić

Jak to jest z tym całym work-life balance? Czy równowaga między życiem zawodowym a prywatnym to sposób na szczęśliwe życie? A może to bzdura, która powstrzymuje nas od działania i stawania się coraz lepszym mężem, ojcem, katolikiem, przedsiębiorcą – coraz lepszym człowiekiem?

 

Maciej Gnyszka fot. archiwum autora

Maciej Gnyszka fot. archiwum autora

Czas to towar deficytowy

Tę myśl usłyszałem od Mariusza Bobera, polskiego przedsiębiorcy z wieloletnim stażem (w tym w takich podmiotach, jak KGHM i Grupa Azoty). Głęboko wryły mi się w pamięć.

Czas to jedyny zasób na ziemi, którego nie da się magazynować ani recyklingować.

Truizm – wiem. Ale z truizmami często bywa tak, że niby są dla nas oczywiste, ale niewiele z tego wynika. A powyższa myśl musi naprawdę do nas trafić. Niemalże zaboleć. Bo brak czasu potrafi boleć. Kiedy człowiek uświadomi sobie, jak wiele ról odgrywa w życiu i jak wiele ma do zrobienia, zaczyna naprawdę rozumieć, jak cenny jest czas. Bezcenny.

Co z tego wynika w kontekście godzenia rodziny z życiem zawodowym? Ano to, że trzeba umiejętnie zarządzać sobą w czasie (czasem de facto się nie da – niezależnie od naszych działań on po prostu mija). Doba ma 24 godziny – i to od nas zależy, jak wykorzystamy ten czas.

Jak skutecznie zarządzać sobą w czasie, by nie zatracić się w tylko jednej z życiowych ról, np. w pracy? Punktem wyjścia jest ustalenie priorytetów. Pomoże w tym genialna książka Stephena Coveya zatytułowana „7 nawyków skutecznego działania” (http://bit.ly/1fzp8CE). Dzięki tej książce poznasz takie obszary swojego życia, które w ogóle powinieneś wyeliminować i takie, na które powinieneś położyć nacisk (być może jest to wypoczynek?).

Co jest największą zaletą Coveya? To, że jest nie teoretykiem, a praktykiem. Covey ma gromadkę dzieci. Osiągnął sukces zawodowy, a jednocześnie ma świetne relacje z bliskimi. Da się.

Jaki jest Twój cel?

Książka Coveya pomoże znaleźć odpowiedź na to pytanie. Tak czy inaczej bez odpowiedzi nie da się pójść dalej. Bo jeśli Twoim priorytetem jest zawodowy sukces (za wszelką cenę), to być może lepiej darować sobie życie rodzinne. A jeśli uważasz, że życie to przede wszystkim zdobywanie przyjemnych, pozytywnych doświadczeń (podróże, udział w wydarzeniach, rozrywka itd.), to… jak wyżej.

Jeśli – jak ja – jesteś katolikiem, to Twoim ostatecznym celem jest zbawienie. A drogą do celu jest dążenie do świętości. A dążenie do świętości jest dążeniem do doskonałości. Nie da się jej osiągnąć, ale można do niej dążyć – rozwijać swoją relację z Bogiem, rozwijać się nieustannie jako mąż, ojciec, przyjaciel, szef, pracownik, przedsiębiorca i w na każdym innym polu.

Jeśli traktujesz swoje życie poważnie, to po postu zapomniał o work-life balance. Droga do świętości nie wiedzie tędy. I choć nie istnieje tylko jedna droga do świętości (każdy musi znaleźć swoją własną – w moim przypadku jest to droga przedsiębiorcy), to wszystkie mają wspólny mianownik – wymagają czasu, pracy, wysiłku. Tu nie ma dróg na skróty.

Zdrowy balans między rodziną a pracą

Musisz mieć świadomość, że zdrowy balans rodziną a pracą oznacza nieustanny wysiłek. To nie jest coś, co się zdobywa raz na zawsze – to coś, o co trzeba cały czas walczyć. Z biegiem czasu zmieniają się też proporcje w ramach balansu. Inne są proporcje w kwiecie wieku, inne w okresie kryzysowym dla firmy, inne, gdy dzieci są malutkie, inne, gdy są nastolatkami.

Ważne jest to, by nie absolutyzować którejś z sfer. Przy czym chodzi tu o 3 sfery: relacje ze współmałżonkiem, relacje z dziećmi i życie zawodowe. Oczywiste jest, że sfera duchowa zawsze przenika się z powyższymi. W każdym razie powinna. Dlaczego? Bo nie istnieje coś takiego jak świętość od święta.

Ważne jest też to, że te sfery mogą, a nawet powinny się przenikać. Bo czyż nie jest tak, że Twoim dzieci przysłuży się dorastanie w duchu pomocy rodzicom? Jeśli jesteś przedsiębiorcą, pomaganie Twojemu zespołowi i Tobie może być świetnym środkiem wychowawczym.

Zdaję sobie sprawę, że balans na linii praca – dom może być trudny do osiągnięcia, szczególnie w sytuacji, gdy jedno z współmałżonków uważa, że praca powinna być na końcu. Teoretycznie tak, ale przecież życie to działanie. Praca to nie tylko własna firma czy etat w jakiejś firmie – to niemal każdy aspekt ludzkiej działalności.

Zarządzanie domowym ogniskiem to również praca. Bo czy utrzymywanie porządku w mieszkaniu/domu, robienie zakupów (cała domowa logistyka zresztą) nie wymaga czasu i wysiłku, czyli pracy? Nawet hobby wymaga czasu i wysiłku, niezależnie od tego, czy to uprawianie sportu, czy np. uprawianie działki.

A co zrobić, kiedy na danym etapie życia praca zawodowa pochłania naprawdę dużo czasu? W takiej sytuacji warto jest spojrzeć na sprawy w szerszym kontekście – znowu pomyśleć o naszym ostatecznym celu. A także o innych ważnych celach, które są większe niż my sami oraz potrzeby naszej rodziny. Co mam na myśli?

Pouczająca historia Jana Ludwika Banaszaka

Kiedy dowiedziałem się, że ten człowiek będzie Gościem specjalnym spotkania Towarzystwa Biznesowego Siedleckiego, wiedziałem, że muszę tak ustawić swój grafik, by tam być. Niecodziennie się bowiem zdarza możliwość posłuchania o odbudowie Rzeczypospolitej w okresie międzywojnia.

A tak się składa, że Jan Ludwik Banaszak jest synem budowniczego COP. Można powiedzieć, że wiedzę na temat niebywałego wyczynu Polaków – jakim za całą pewnością byłą odbudowa Polski po odzyskaniu niepodległości – czerpał z pierwszej ręki.

Niebywały wyczyny, jakiego dokonali nasi przodkowie, był efektem olbrzymich aspiracji oraz ciężkiej pracy. Choć bliższe prawy pewnie byłyby słowa: „krew”, „pot” i „łzy”. Nic dziwnego, że w owym czasie Pan Jan widywał swego ojca raz na 3 tygodnie. Jako budowniczy COP był pochłonięty na całego. Pan Jan powiedział, że ojciec na te długie wyjazdy zabierał ze sobą abażur, by powiesić w baraku na budowie. Ten element przypominał mu dom.

W tych okolicznościach nie może dziwić, że Pan Jan z radością wspomina pierwsze lata po wojnie, gdy komuniści byli zmuszeni zatrudnić ojca do rozruchu jednej z przedwojennych fabryk, które budował. Dlaczego? Bo wtedy tata był w domu aż… raz na dwa tygodnie.

A gdzie tu balans między rodziną a pracą? Co to za mąż i ojciec, który nie ma czasu dla żony i dzieci? A może jest wręcz przeciwnie – choć ojciec Pana Jana musiał wiele poświęcić, to jednak powodowała nim troska o bliskich? Bo przecież troszczył o Dom wszystkich Polaków, bez którego domowe ogniska nie mogą liczyć na spokojne, bezpieczne, szczęśliwe życie. Bo Polska to nasz Dom, prawda?

Zdaje się, że Pan Jan też to rozumie. Chociaż jako dziecko rzadko widywał ojca, to kiedy o tym wszystkim opowiadał, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to serdeczne wspomnienie. Silna więź między ojcem a synem przetrwała – również śmierć (ojca Pana Jana). A więc mimo tych wszystkich przeszkód ojciec był w życiu Pana Jana obecny.

Co z tego wszystkiego wynika? Ano to, że życie nie jest prostą sprawą. A szczególnie udane życie. Ono nie stanie się samo z siebie. Wymaga czasu i wysiłku – ciężkiej pracy. Czasami naprawdę wielkiego wysiłku w imię większego dobra. O której musimy się zatroszczyć, bo stawką jest przyszłość świata, w którym w przyszłości będą żyć nasze dzieci i dzieci ich dzieci.

Ktoś kiedyś powiedział, że szczęście nie polega na łatwiźnie, ale na robieniu rzeczy trudnych. To bardzo trafne słowa, nieprawdaż?

Autor: Maciej Gnyszka.

——————————-

Od redakcji: Pana Maciej Gnyszka jest autorem artykułu „Czy patriotyzm ekonomiczny to wydmuszka”, który na stronie naszego portalu był publikowany 28 maja 2018.