Dramat rodzinny w tle Polski, Niemiec i Rosji

Zobacz galerię zdjęć

Część pierwsza. Z Jolantą Wilkońską rozmawia Andrzej Rzewnicki.

Na zdjęciu głównym Jolanta Wilkońska przed Sejmową Tablicą pamięci przy nazwisku Ojca Tomasza Wilkońskiego.

Andrzej Rzewnicki – Jola, wiesz, jak dla mnie historia Twoich rodziców jest niesamowita i fascynująca i jak mocno wpisuje się w mój historyczny odbiór Niemiec i Rosji wyrażony kiedyś: „Rzeź Pragi – rzeź Woli ” to jest to, co mnie boli. Wiem, że gdy opowiadasz o swoich rodzicach mówisz o nich z miłością i wielką czułością – jak Cię kochali i jak Ty ich kochałaś. Pozostańmy przy twojej narracji. Opowiedz o swojej mamie.

Jola Wilkońska – Nie mówię inaczej o swoich rodzicach jak mama i tatuś. Zatem moja mama to Kira księżniczka Światopołk-Mirska, pochodząca z rodu wywodzącego się od Riurikowiczów, (Rurykowiczów) założycieli państwa ruskiego. Mieszkała w Moskwie, w bogactwie. Mieli duży dom i daczę nad morzem w Soczi. W domu mieszkańcami były też przeróżne egzotyczne zwierzęta, jak tygrys, małpka, a nawet niedźwiadek – które jako prezenty przywoził mamie ojciec ze swoich zagranicznych wojaży. Wakacje wraz z całym tym „zwierzyńcem” spędzała mama na daczy, lub u stryja, księcia Michaiła, w zamku „Mir”, w wielkiej jego posiadłości na dawnych wschodnich terenach Polski. Uczyła się na pensji dla „błagorodnych dziewic”, to jest „dla panienek z tytułowanych rodów”. Jej dwuletnie studia w szkole teatralnej przerwała bolszewicka rewolucja w 1917 roku.

Wówczas mama miała 16 lat, jej ojciec pracował w Londynie, a mama wcześniej zmarła. Gdy fala rewolucji zbliżała się go Moskwy, w nocy uprzedzono mamę, że jeśli nie ucieknie w przebraniu chłopki, to ją „zarieżut”. Postanowiła zatem uciec wraz z bratem do niani w Soczi. W pociągu co chwilę były rewizje. W czasie jednej z rewizji znaleźli u brata ukryty kordzik, jaki nosili carscy kadeci. Nie chciał go im oddać, więc szarpiącego się z nimi brata wyciągnęli z wagonu i zastrzelili na jakiejś przejezdnej stacyjce, co mama zobaczyła z okna już odjeżdżającego pociągu. Wyraziła się tylko, że zastrzelili go jak bezpańskiego psa. Do Soczi dojechała więc sama, mając kufer z sukniami, choć był on kłopotem, bo ci z bolszewickich kontroli pytali ją, skąd ma te piękne i bogate stroje? Odpowiadała, że ma je od swojej pani, a jak patrzyli na jej gładkie dłonie, to mówiła, że była tylko szwaczką i szyła z naparstkiem. Biżuterię udało się mamie przewieźć ukrytą w glinianym garnku wypełnionym masłem.

Włodzimierz Bem de Cosban

Przebywała u niani aż Polska odzyskała niepodległość. Wtedy daleki mamy kuzyn – hrabia Włodzimierz Bem de Cosban – rotmistrz 14. Pułku Ułanów Jaz łowieckich we Lwowie, odnalazł ją i w akcji ratowania Polaków sprowadził do Polski, do Lwowa.Mama była piękna i zgrabna – miała piękną twarz, nosek „grecki”, oczy błękitne, włosy jasne i też melodyjny, miły głos. Miała pogodne usposobienie, była wesoła, dowcipna i towarzyska. A młody rotmistrz również był młody i bardzo przystojny, więc nic dziwnego, że się zakochali i… pobrali. Jednakże po paru latach rozwiedli się i wtedy mama wyjechała do Warszawy. Tu poznała mojego tatusia.

AR – cudownie opowiadasz o mamie, to teraz opowiedz o tacie.

JW – Tatuś – Tomasz Wilkoński, herbu Odrowąż – był inżynierem agronomem. W latach dwudziestych był posłem I kadencji Sejmu II RP (1922-1927). Pełnił wysokie stanowiska, m.in. był prezesem Państwowego Banku Rolnego w Warszawie. W 1934 roku z ramienia rządu objął stanowisko dyrektora administracyjnego w największych w Polsce Zakładach Włókienniczych Scheiblera i Grohmana w Łodzi. „Jego działalność polityczna i społeczna ukierunkowana była m. in. na rozwój oświaty na terenach wiejskich poprzez takie organizacje, jak Związek Teatrów Ludowych, czy Centralny Związek Młodej Wsi. Był współtwórcą i realizatorem idei Kółek Rolniczych w Polsce” – pisali o nim m. in. w publikacji „Nekropolia z terenu byłego poligonu na Brusie w Łodzi”.

Tkalnia i wykańczalnia - zdjęcie pochodzi z publikacji Zjednoczone Zakłady Włókiennicze K.Scheibler i L. Grohman sp. akc w Łodzi

Wiele działał dla pracowników fabryki. Zainicjował sekcję kobiet, sekcję teatralną, założył żłobek i przedszkole, a wtedy to wszystko było nowością, Dbał również o polepszenie warunków pracy robotników i ich zamieszkania. Tatuś był bardzo „operatywny”, energiczny i z szacunkiem do drugiego człowieka, za co był lubiany przez pracowników.
Kochałam Tatusia i byłam jego ukochaną córuchną. Był bardzo opanowany i pogodny, z pięknym uśmiechem. Był przystojny i postawny, a poruszał się z gracją. Miał piękny tembr głosu, baryton i jak opowiadał, chciał w młodości być śpiewakiem operowym, lecz dziadek powiedział, że „nikt z Wilkońskich nie był cyrkowcem”. I to samo twierdzenie usłyszałam ja od Tatusia, gdy chciałam być tancerką !

 

AR – to opowiedz teraz o waszym wspólnym życiu.

JW – Nasze życie było cudowne! Rodzice pobrali się na Starym Mieście w Warszawie. Na utrzymanie domu pracował tatuś. Mama „prowadziła dom”, mieliśmy kucharkę, pokojówkę i ogrodnika. Mieszkaliśmy w dużym wielopokojowym mieszkaniu na dwóch piętrach, w byłej willi fabrykantów. Lecz nasze szczęście rodzinne zniweczyła wojna i zaczął się strach i głód i tułaczka po cudzych mieszkaniach. Gdy po latach byłam w naszym dawnym pięknym mieszkaniu zastałam je podzielone dla kilku samodzielnych rodzin I tak np. z mojego biało-niebieskiego pokoju dziecięcego powstały aż dwa pokoje, a duży pokój jadalny przedzielony był ścianą dla dwóch obcych rodzin! Przykra to była dla mnie wizyta, choć zakończona niespodzianką. Będąc już na schodach frontowego wyjścia, czule gładziłam drewniane, pięknie rzeźbione poręcze w pewnym momencie zauważyłam, że coś jakby błysnęło pod tymi schodami. A była to mosiężna-złota tabliczka z zewnętrznych drzwi z napisem: „Tomasz Wilkoński”. Dzisiaj wisi ona na drzwiach w pokoju mojego mieszkania w Warszawie.
A jak wspólne życie moich kochanych rodziców się skończyło, to dzisiaj, gdy znam prawdę o śmierci tatusia, ze wzruszenia trudno mi opisać. W pierwszych dniach wojny przerażeni koszmarnymi nalotami w Łodzi uciekliśmy tatusia samochodem do Warszawy, sądząc, że stolicy nie będą bombardować, A tam – było „piekło” ! Zostałyśmy z mamą same, bo Tatuś – zgodnie z decyzją prezydenta Stefana Starzyńskiego (mężczyźni do 55 roku -musieli opuścić Warszawę) – musiał i nas pożegnać, więc ja z mamą zostałyśmy same! Nie mając własnego mieszkania w Warszawie początkowo zatrzymałyśmy się w hotelu, ale wkrótce zamknęli go i rozpoczęła się nasza tułaczka po cudzych mieszkaniach znajomych. Dzień i noc Stolica była nękana dywanowymi nalotami i bombardowaniem. Co żeśmy się wyprowadziły z jednego lokum, to tam trafiały bomby – zupełnie jakby śmierć nas goniła! Przeżyłyśmy podobnie i w tym przypadku, gdy musiałyśmy opuścić mieszkanie znajomych, którzy wyprowadzili się poza miasto i wkrótce w tenże piękny duży budynek trafiła bomba i rozpruła go aż do piwnicy ! Zaznałyśmy również, co to jest głód, bo mimo pieniędzy nie można było nic kupić, ponieważ sklepy były pozamykane. Jedynie jakoś zdobywało się gliniasty ciemny chleb. Raz tylko trafił nam się kęs mięsa końskiego, a tylko dlatego, że koń stojący w bramie naszego domu padł od przypadkowej kuli i natychmiast był on „podzielony” przez zgłodniałych mieszkańców, a mamie udało się „zdobyć” kawałek.
Po kapitulacji tatuś wrócił do Warszawy, ale do Łodzi jeszcze nie pojechaliśmy, bojąc się, co i kogo w naszym mieszkaniu zastaniemy. Pierwsza pojechała na zwiady mama, a w nim już mieszkali niemieccy oficerowie. Ci zapewniali mamę, że jak wróci tatuś, to nic mu nie grozi ! I wróciliśmy całą rodziną. Niestety wkrótce tatusia aresztowano, a było to 9 listopada 1939 roku, w czwartek. Kończyliśmy właśnie obiad, gdy przyszli po niego. Było ich trzech, jeden po cywilnemu i dwóch w mundurach, zielonym i czarnym. Najmniejszy z nich miał wielki karabin, który wystawał mu ponad głowę. Tatuś zamienił z nimi parę słów po niemiecku. którym władał biegle, bo tatusia mama była Niemką. Nic ze sobą nie brał, bo zapowiedzieli, że na krótko, góra parę godzin. Przytulił mnie i pogładził po głowie, a mamę ucałował. Jeszcze przypomniał mamie, aby oddała radio wg niemieckiego nakazu. Szkoda było tego radia, bo kupił je dopiero co. Pamiętam, że było duże, marki „Telefunken” i stało na stoliku w pokoju stołowym, między dwoma fotelami rodziców. Tatusia widziałyśmy z okna salonu, jak wsiadał do małego, czarnego „Citroena”, I to było nasze ostatnie spojrzenie na Tatusia. Nie wrócił „zaraz”, bo wkrótce stracono go, ale myśmy nie wiedząc o tym nadal z nadzieją czekałyśmy na jego powrót…

Koniec części pierwszej.

————————————————–

Od redakcji.

Dla przybliżenia tematyki rozmowy, czasów z jakimi mamy do czynienia oraz obrazów miejsc z opowiadania Pani Jolanty Wilkońskiej, pozwalam sobie w tej części dołączyć kilka zdjęć zamku Mir. Zamieszczone na górze strony zdjęcia pochodzą ze strony – https://www.radzima.org/pl/object-photo/zamek-w-mirze.html