Dramat rodzinny w tle Polski, Niemiec i Rosji cz. 2

Andrzej Rzewnicki (AR) – Dzisiaj wiesz, co się stało z twoim tatą. Opowiedz o tym.

Jolanta Wilkońska (JW) – Po aresztowaniu Tatusia mama codziennie chodziła do obozu na Radogoszczy zanosząc koce i jedzenie. I tak trwało dwa mroźne miesiące listopad i grudzień 1939 roku. Strażnik brał paczki od mamy, coś jej mówił, ale co – nie wiedziała, bo nie znała niemieckiego. Pod koniec roku mama dostała poprzez żonę jednego z więźniów gryps: „niech pani Wilkońska nie przychodzi, bo jej męża nie ma na terenie obozu”.
Drogo kupowała nadzieję u adwokatów, że żyje, a oni podsuwali mylne tropy, że Tomasz Wilkoński był widziany w obozach, w Dachau i innych. Gdy zażądała od nich dowodu, choćby kartkę z podpisem tatusia – oszuści znikali. Czerwony Krzyż też nic nie mógł stwierdzić. Po wojnie były pracownik Zakładów Włókienniczych Scheiblera i Grohmana przyszedł do nas i powiedział, że, będąc w tymże obozie, co tatuś, widział, jak tatusia wywołano z szeregu. Nie wiedział jednak, po co go wywoływano. Myślał, że na wywózkę do jakiegoś obozu. Myśmy więc myślały nadal, że gdzieś żyje i mama tak wierzyła do końca wojny, a nawet i później, ale nie dożyła prawdy. Ja się tylko po 70 latach dowiedziałam, jak okrutnie zginął. Po aresztowaniu 9 listopada 1939 roku już 12 listopada został stracony w pierwszej niemieckiej akcji likwidacji polskiej inteligencji w grupie 40 osób, znanych z działalności patriotycznej i społecznej – łódzkiej elity.Zimą 2008 roku, gdy w tym czasie mieszkałam w Jeleniej Górze, zadzwonił w środku nocy telefon i odezwała się moja przyjaciółka ze szkolnej ławy Irenka Pfeiffer z Łodzi, mówiąc zapłakanym głosem: „przeczytałam w gazecie, że IPN poszukuje osób, które może coś wiedzą o odnalezionych 40 mężczyznach straconych w pobliskich lasach i że wśród ich szczątków są też obrączki. Na jednej z nich jest wygrawerowany napis: Kira, 28 IX. Myślę, że chodzi o twoją mamę, a obrączka jest twojego taty”.

Nie pamiętałam daty ślubu rodziców i dzwoniłam do urzędu na Starym Mieście w Warszawie, martwiąc się, czy takie dokumenty ocalały po zburzeniu miasta. Na szczęście ocalały i nawet po opowiedzeniu o co mi chodzi szybko je dostałam.
Szczątki 40 straconych uroczyście pochowano w czterech trumnach. Była salwa honorowa wojska polskiego, byli harcerz i najwyższe władze miasta wraz z prezydentem Łodzi. Modlono się w obecności przedstawicieli trzech religii. Nie można było pochować tatusia przy mamie w Warszawie. Jego szczątki spoczywają we wspólnym grobie w Łodzi, a jego nazwisko jest umieszczone na tablicy, bo dzięki obrączce można było stwierdzić, że i on zginął razem z nimi. Ustalono nazwiska jeszcze tylko 4 osób ich nazwiska też są na tablicy. Pozostali nie zostali rozpoznani. Obrączkę przekazałam jako „votum dziękczynne” Matce Bożej do Arsenału na Jasnej Górze i tam w oddzielnej gablotce znajduje się tatusia obrączka, jego fotografia i opis jego historii.

AR – Niesamowite! Weź chwilę relaksu i powiedz, jak mama razem z Tobą radziła sobie w czasie okupanci, kiedy byłaś jeszcze dzieckiem i później w PRL kiedy dorastałaś.

JW. – Okupację przetrwałam z mamą w Łodzi. Zaraz po aresztowaniu taty był nakaz zarekwirowania pół mieszkania wraz z meblami, a za tydzień w ogóle opuszczenia go. Mama starała się o przygarnięcie nas pod dach wśród przyjaciół. I znów tułałyśmy się od mieszkania do mieszkania, ze znikomym zabranym dobytkiem. W końcu przyjaciele rodziców, którzy mieli małą fabryczkę-farbiarnię (ona była Rosjanką, on spolszczonym Niemcem), a obok obszerny dom, zaproponowali nam jego część jako samodzielne mieszkanie. I tak wreszcie byłyśmy „na swoim” i to miałyśmy aż dwa pokoje z kuchnią! Jakoś w ich zaciszu bezpiecznie przetrwałyśmy.
Lata okupacji były i dla nas trudne, bo mama nie była przygotowana do ciężkiej pracy, nie miała też żadnego fachu. Znała obce języki, ale nie znała potrzebnego wówczas niemieckiego. Drogocenną biżuterię, czy też swoje eleganckie stroje wymieniała na żywność. Bardzo długo nie ruszała ubrań tatusia, trzymała je na jego powrót. Ale w końcu i one nas „”żywiły”.
Po wojnie też nie było lekko. Nie chciano mamie przyznać żadnej po tatusiu emerytury, chyba ze względu na pochodzenie rodziców i jego działalność społeczno-patriotyczną„ nie po linii i na bazie” ówczesnych rządów, a i liczyło się tylko pochodzenie robotnicze. Dopiero po latach starań dostała 126 złotych, gdy normalna emerytura wynosiła 400-500 złotych. Ale trzeba było jakoś żyć. Dopiero się nam poprawiło, jak ja zaczęłam pracować. Mama żyła nadzieją, że tatuś wróci. Nie doczekała się żadnych wieści. Zmarła w 1968 roku mając 71 lat.

 

Koniec części 2

———————————————————————-

Od redakcji:

Za stroną – Dziennik Łódzki – artykuł – Anna Gronczewska 18 stycznia 2012 AKTUALIZACJA: 6 marca   Czytaj więcej: https://dzienniklodzki.pl/niemcy-zamordowali-wiezniow-z-radogoszcza-zdjecia/ar/495346.  oraz za stroną –  https://kierunki.info.pl/kamil-krolik-antonczak-masakra-wiezieniu-radogoszczu/ , Zdjęcia pochodzą z Archiwum Muzeum Tradycji Niepodległościowych.

Radogoszcz, obecnie osiedle w północnej części Łodzi. Przed wojną zaś wieś pomiędzy Zgierzem a Łodzią. To właśnie w tym miejscu siedemdziesiąt dwa lata temu, w nocy z 17 na 18 stycznia doszło do największej niemieckiej zbrodni wojennej, dokonanej na obszarze Polski pomiędzy Bugiem a Odrą w okresie działań frontowych. W listopadzie 1939 roku na bazie obozu przejściowego utworzonego dla realizacji przez łódzkie Gestapo dużej akcji represyjnej, tzw. Intelligenzaktion Litzmannstadt, skierowanej przeciwko miejscowej inteligencji, w wyniku której śmierć poniosło ponad 500 osób w pobliskich lasach lućmierskich, hitlerowcy utworzyli Rozszerzone więzienie policyjne i obóz pracy wychowawczej. Przez pierwsze sześć miesięcy w dwóch znajdujących się obok siebie fabrykach przed ostatecznym przekazaniem przez łódzkie gestapo Prezydium Policji w Łodzi na tzw. „Rozszerzone więzienie policyjne” funkcjonowały jednocześnie obóz przesiedleńczy i obóz przejściowy (w dyspozycji łódzkiego gestapo).

Radogoszcz był więzieniem przeznaczonym w zasadzie tylko dla mężczyzn, ale okazjonalnie, w nielicznych przypadkach i krótko, przetrzymywano tu także kobiety. Zdecydowaną większość więźniów stanowili Polacy, podobnie jak kobiety okazjonalnie więzieni byli także żydzi, najwięcej do czasu zamknięcia pod koniec kwietnia 1940r. granic łódzkiego getta. Byli tu również więzieni Rosjanie – jeńcy wojenni, zbiegli z różnych miejsc pobytu w okolicach Łodzi. Więźniowie rosyjskiego pochodzenia byli ściśle odizolowani od innych więźniów. Około 150 z nich zginęło podczas styczniowej masakry. Zostali pochowani w dwóch zbiorowych mogiłach jej ofiar na pobliskim cmentarzu św. Rocha.

Do więzienia na Radogoszczu przeważnie trafiali ludzie za ogólnie pojęte “przestępstwa przeciwko III Rzeszy” z Łodzi oraz powiatów brzezińskiego, łaskiego, łódzkiego i wieluńskiego. Na Radogoszczu więziono m.in. uciekinierów z przymusowych robót, handlujących żywnością, za przekroczenie granicy pomiędzy Generalnym Gubernatorstwem i Krajem Warty. Przywożono tu także zatrzymanych w łapankach ulicznych. Osadzano też krótko nielicznych więźniów politycznych przed dalszym wysłaniem ich do obozów koncentracyjnych głownie do Gross-Rosen i Mauthausen-Gusen. Z Radogoskiego więzienia wywożono ludzi na masowe egzekucje w rejonie Łodzi. Stąd zabrano grupę więźniów, których zamordowano w największej na terenie Kraju Warty publicznej egzekucji, dokonanej w Zgierzu 20 marca 1942 roku okupanci rozstrzelali wówczas 100 Polaków, w zemście za zabicie przez żołnierza AK Józefa Mierzyńskiego dwóch funkcjonariuszy Gestapo. Więźniami radogoskiego więzienia byli m.in. Aleksy Rżewski, pierwszy prezydent miasta czy też Władysław Dzierżyński – rodzony brat Feliksa Dzierżyńskiego. Pod koniec 1944 roku Łódź zamieszkiwało ok. 490 tys. mieszkańców, z czego ok. 340 tys. z nich było Polakami. Niemców było prawie 140 tys., a liczba Żydów – po likwidacji łódzkiego getta – nie sięgała nawet tysiąca. W mieście stacjonowały niemieckie siły garnizonowe, ale wskutek zbliżającego się frontu podjęto decyzję o ewakuacji. Niemcy od dawna planowali likwidację tego więzienia. I chociaż nie zostały odnalezione dokumenty związane z tą kwestią, to niewykluczone, że za przykład brano rozkaz z 20 lipca 1944 r. Wyższego Dowódcy SS i Policji w Generalnym Gubernatorstwie – Wilhelma Koppe w którym to stwierdził, iż więźniowie nie mogą być wyzwoleni, nakazywał ewakuację na zachód, a gdyby to było niemożliwe wymordowanie ich na miejscu a następnie maksymalne zniszczenie budynków więziennych lub obozowych.

Sowieckie bomby spadły na miasto już 17 stycznia. W związku z tym niemieccy okupanci w pośpiechu zaczęli nie tylko niszczyć dokumentację dokonywanych zbrodni, ale też brutalnie rozprawiać się z tymi, których nie zdążyli zamordować. I to z wielką brutalnością – jak w przypadku osadzonych na Radogoszczu.

W nocy z 17 na 18 stycznia rozpoczęła się masakra więźniów od wymordowania pacjentów więziennej izby chorych, po czym przyszła kolej na tzw. więźniów funkcyjnych, a następnie rozstrzelania więźniów w sali nr 1 budynku głównego. Kiedy oprawcy napotkali na opór więźniów następnych sal, podpalili je około 3 nad ranem. Ci, którzy nie zginęli w płomieniach, próbowali rozpaczliwie ratować się skokiem z okien. Wielu z nich padło wtedy ofiarami niemieckich strażników, bez skrupułów strzelających do więźniów. Ogółem życie straciło ok. 1,5 tys. osób. W zdecydowanej większości Polaków, ale także Niemców oraz jeńców sowieckich (głównie byłych jeńców obozu w Monicach niedaleko Sieradza). Z życiem uszło zaledwie ok. 30 więźniów. Masakry dokonała załoga więzienia pod dowództwem komendanta więzienia – Waltera Pelzhausena, wsparta bliżej nieustalonym zbrojnym oddziałem. Załoga obozu mogła liczyć nawet 80 osób, osądu po wojnie doczekało się zaledwie kilkunastu oprawców. Zaraz po mordzie Niemcy uciekli z Łodzi, wśród nich także komendant obozu Pelzhausen. Wpadł on w ręce aliantów dopiero w czerwcu 1945 roku we Frankfurcie nad Menem.

Pierwsze procesy wachmanów i członków kierownictwa obozu odbyły się w drugiej połowie 1945 roku. Główny odpowiedzialny na zbrodnię – Pelzhausen – został sprowadzony do Łodzi w kwietniu 1947 roku; stanął przed łódzkim Sądem Okręgowym. 12 września tego roku usłyszał wyrok śmierci. Egzekucję przez powieszenie wykonano 1 marca 1948 roku. Jednocześnie, nieomal natychmiast po zakończeniu okupacji niemieckiej w Łodzi (19 stycznia 1945 r.), spontanicznie zostało postanowione w kręgu ówczesnych tymczasowych władz oraz mieszkańców miasta, że teren byłego więzienia i ruiny spalonego więzienia radogoskiego staną się Miejscem Pamięci Narodowej. Dziś na terenie byłego więzienia mieści się zespół memoriałowy składający się z mauzoleum i muzeum oddział Martyrologii i Walki „Radogoszcz” samorządowego Muzeum Tradycji Niepodległościowych w Łodzi.